Moja „podróż do wód” – czeskie Karlowe Wary

CZECHY. Odwieczny nasz sąsiad. Tyle nas łączyło w przeszłości i nadal tyle nas łączy. Wywodzimy się w końcu z jednego słowiańskiego pnia. Ale czy my – Polacy – znamy Czechy i Czechów? Czy znamy ich mentalność,  historię i kulturę? Myślę, że w stosunkowo małym stopniu. Owszem, możemy powiedzieć: „Kto z nas nie był w Pradze? Kto – jadąc na narty w austriackie Alpy – nie zatrzymywał się w którymś z hoteli w Znojmie?” Ale Czechy to nie tylko ich – prześliczna zresztą – stolica, czy malownicze, usiane winnicami i zabytkami Morawy. Czechy to również wiele, wiele innych wartych poznania miejsc. Czechy to również jedno z piękniejszych miast w Europie – Karlowe Wary.

Karlowe Wary – dawny niemiecki Karlsbad – karlowarski region – chciałem odwiedzić już dawno. Nie chodziło mi bynajmniej o jego walory zdrowotne. Na szczęście nie potrzebuję jeszcze pić żadnych leczniczych wód, nie potrzebuję też – przynajmniej na razie – korzystać z jego sanatoryjnych prozdrowotnych dobrodziejstw. Ale skoro w Karlowych Warach – lub może dokładniej w regionie Karlowarskim – gościły kiedyś takie osobistości jak: car Rosji Piotr Wielki, nasz król August Mocny, Bismarck, Goethe, Ataturk, Schiller, Marks, Bach, Beethoven, Brahms, Dworzak, Liszt, Paganini, Smetana, Mozart, Chopin, Gogol, czy Casanova, to dlaczego nie miałbym tam zawitać i ja.

Pewnego wczesnojesiennego dnia wyruszyłem więc autem w czeskie strony. Zawitałem tam od strony niemieckiego Drezna – stolicy Łużyc. Dość szybko minąłem Chemnitz i zacząłem wznosić się w Rudawy – pasmo górskie we wschodniej Bawarii, ciągnące się wzdłuż granicy czesko-niemieckiej. Tuż przed nią – kurort górski Oberweisenthal – po niemiecku porządny, bogaty, nasycony hotelami, pensjonatami i wyciągami narciarskimi. Mijam dawną granicę i wjeżdżam do pierwszego czeskiego miasteczka o symbolicznej nazwie Boży Dar. Boży Dar – przynajmniej w górnej jego części – nie wygląda jednak tak, jak dar Boży powinien wyglądać. Zabite dechami okna przydrożnych okazałych kamienic, ich odrapane elewacje mogą być jedynie wspomnieniem dawnej świetności. I tylko przychodzi mieć nadzieję, że to co Bóg dał, człowiek porzucił tylko na chwilę. Że może już niedługo to miejsce znów – jak dawniej – zatętni życiem.

Same Karlowe Wary powitały mnie ulicznym korkiem. Wjazd do uzdrowiskowego centrum w godzinach popołudniowych musiałem okupić co najmniej godzinnym staniem w automobilowej ciżbie. W miarę posuwania się do przodu, z każdym pokonanym metrem, coraz lepiej rozumiałem skąd w tym niewielkim mieście taki komunikacyjny problem. Otóż uzdrowiskowa, najstarsza część miasta jest dosłownie wbita pomiędzy niewysokie, acz stromawe góry. Zabudowana do granic możliwości wąska kotlina i – dodatkowo – płynąca jej środkiem rzeka Tepla, praktycznie uniemożliwiają jakiekolwiek infrastrukturalne rozwiązanie komunikacyjnego problemu.

Gdy turysta jednak znajdzie się już w centrum, w środku zaiste niezwykłego, bajkowego, architektonicznego cudu, zapomina o wszystkich niedogodnościach. Jak zatrzyma się na jednym z mostków nad Teplą, pierwszym i jedynym doznaniem jakie czuje, jest – oszołomienie! Oszołomienie niezwykłym nasyceniem form, zdobień i barw. Wydaje się, że  wszystko wokół piętrzy się nad nim: willa nad willą, kamienica nad kamienicą, pałac nad pałacem. A wszystko tak kolorowe, tak efektowne, tak utkane urokliwym secesyjnym detalem, że nie sposób oderwać oczu. I to nie na telewizyjnym ekranie, ale tuż obok – na wyciągnięcie ręki. Jawi się wtedy,  że człowiek znalazł się nagle w dalekiej przeszłości, w środku  bizantyjskiego bogactwa. A myślą, jaka się nasuwa jest przekonanie, że do tej wąskiej kotlinki otoczonej Slavkovskim lasem przeniesiono wiele  architektonicznych cudów Paryża, Rzymu czy Barcelony.

Wiele przewodników turystycznych i reklamowych folderów mocno reklamuje to miejsce, ale żaden z nich nie oddaje w pełni rzeczywistości. Bo jak można ze zdjęcia, czy opisu odczuć klimat, nastrój chwili i miejsca, gdy  siada się na marmurowej, zatopionej w zieleni, omszałej ze starości ławce, na której  – z dużą dozą prawdopodobieństwa – mógł kiedyś odpoczywać Chopin w drodze na górujące nad miastem wzgórze widokowe. Miał wtedy 26 lat, był już kilka lat na obczyźnie, a Jego Polska była tak blisko… Co wtedy czuł, o czym myślał, patrząc na rozpościerającą się przed nim panoramę Karlowych Warów?

Z oczywistych względów nie sposób opisać wszystkiego, czym Karlowe Wary mogą się pochwalić. Jest jednak pewne miejsce, o którym chciałbym wspomnieć. To jakby żywcem przeniesiona z Moskwy czy Petersburga – pełna przepychu, wiernych i modlitwy – prawosławna rosyjska cerkiew. Jej złocone kopuły współgrają z intensywnie niebieskim kolorem reszty zadaszenia, a niezwykłej urody kremowy fronton robi niesamowite wrażenie, spotęgowane dodatkowo umieszczonym centralnie nad neogotyckim portalem obrazem Chrystusa z biblią w dłoni. Wnętrze cerkwi z drewnianym ikonostasem i wpadającym w oczy bogatym zdobieniem sklepienia ma jeszcze dodatkowy atut – ta cerkiew żyje. Bo ta cerkiew to nie tylko jej święte obrazy, sprzęty liturgiczne i niezwykłej urody bryła budynku. To także morze ofiarnych świec, pop odprawiający modły i naprawdę liczni wierni prawosławni.

Bo Karlowe Wary to – Rosjanie. Na ulicach, w hotelach czy sklepach króluje język rosyjski. Bez Rosjan to miasto, jak i cały region karlowarski nie miałyby szans tak funkcjonować. Na dziesięciu przyjezdnych – sześciu to Rosjanie, trzech Niemcy, a na tego jednego przyjezdnego składa się cała reszta świata.

Region karlowarski to głównie uzdrowiska. Wśród nich na wielką uwagę  zasługują również Mariańskie Łaźnie. Tam już góry nie blokują przestrzeni, a przepiękny park, kryjący żeliwną kolumnadę osłaniającą ujęcia leczniczych wód, usytuowany jest w samym sercu miejscowości. Może Mariańskie Łaźnie – ze względu na brak ograniczenia przestrzennego – są nawet ładniejsze – ale to kwestia gustu. Bo i to, i to miejsce warto odwiedzić.

Będąc w tamtych stronach nie sposób nie odwiedzić miasteczka Loket /po polsku łokieć/ – miasteczka w pobliżu Karlowych Warów, które szczyci się swym średniowiecznym zamkiem. Jego surowe wnętrza wiernie oddają ducha minionych czasów, a mieszczące się w podziemiach muzeum tortur uświadamia nam drastyczną cechę ludzkiej natury. Realistycznie pokazane praktyki tortur wywierają wstrząsające wrażenie na zwiedzających. Patrząc na kolejne ekspozycje katowskich poczynań zaczyna do nas docierać, co człowiek człowiekowi może uczynić oraz – że ta nasza „zdolność” – wcale nie musi należeć do przeszłości.

Nieco dalej na południe  od centrum regionu leży zabytkowy Cheb – miasto, w którym kompleks złączonych ze sobą wczesnośredniowiecznych kamieniczek wpisany jest na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Jest tu też potężna wieża z czarnego kamienia, ruiny po tysiącletnim zamku i odrestaurowana w surowym kamieniu romańsko-gotycka kaplica zamkowa z około 1100 roku. A w niej mała nisza – pokoik skrywający warsztat pracy średniowiecznego alchemika. Ilość zebranych tam eksponatów nie robi jakiegoś specjalnego wrażenia, ale wystarczająco podpowiada wyobraźni jak biegli w tajemnej sztuce szukali receptury na wytworzenie złotego kruszcu.

Na koniec mojej wędrówki po zachodnim regionie Czech wracam raz jeszcze do Karlowych Warów. Do dzisiejszych Karlowych Warów. Do tych tłumów rosyjskich turystów i kuracjuszy, dzięki którym kwitnie i miasto, i region. Czesi rozumieją od kogo zależy ich byt i wyraźnie preferują gości ze wschodu. W języku rosyjskim są karty menu w restauracjach, kantory  wymieniają ruble, recepcjonistki, kelnerzy, czy ekspedientki mówią po rosyjsku, a w sklepach z pamiątkami, królują produkty zdobione specjalnie pod – przecież dość specyficzny – wschodni gust. I tak kwitnie ta turystyczna wymiana. Rosjanie przyjeżdżając tam – wcale z tego co mogę sądzić nie najbogasi – mogą cieszyć się urlopem w zachodnim kurorcie, a Czesi liczą zarobione korony. Aby jednak ten turystyczny biznes mógł się kręcić, musi obracać się w odpowiednim – sprzyjającym mu – klimacie. Nie musi to być nic specjalnego. Zazwyczaj wystarcza tylko zwykły spokój i biznes już sam się kręci.

I Waclav Klaus – były czeski prezydent, który kilkakrotnie w swoich wystąpieniach publicznych, przyjaźnie wypowiadał się pod rosyjskim adresem  /co nad Wisłą budziło irytację/ – dobrze wiedział co robi. W jego słowach  – nie w działaniach przecież – był ten tak znany nam czeski pragmatyzm, którym jedni z nas gardzą, a drudzy go im zazdroszczą. Nam to trudno zrozumieć. My do Rosji mówimy inaczej, co rusz to mając problem jak nie z jabłkami – to z mięsem, jak nie z mięsem – to z zakazem wjazdu tirów do Rosji. Nie wspominając już o handlu przygranicznym z „obwodem kaliningradzkim”. Ale cóż tam „jakiś” handel wobec naszych pryncypiów, wobec naszej racji stanu. Nasi politycy mogą tak myśleć i działać, bo – jak mówił „klasyk” – rząd się wyżywi. Gorzej będzie jednak z nami, ze zwykłymi zjadaczami chleba. Świat nie jest bowiem czarno-biały. W jednym aspekcie konkurujemy ze sobą, w innym luźno współpracujemy, a w jeszcze innym mocno się wspieramy i jesteśmy wobec siebie lojalnymi sojusznikami. I tak to po prostu już jest i niech tak będzie na zawsze, bo podział na totalnych sojuszników i totalnych wrogów, kończy się totalnym konfliktem, a ten – totalnym cierpieniem i totalnym zniszczeniem.

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: