Pół żartem… i serio o obronności

Pół żartem…

Sam nie wiem czemu tak wryły mi się w pamięć /ale z drugiej strony – jak można było je zapomnieć/ słowa prezydenta Putina o tym, że jego wojska w dwa dni mogą być w Warszawie.

Od dawna mam co prawda świadomość potencjalnego zagrożenia zza naszej wschodniej granicy, ale pomyślałem, że to jednak  niemożliwe, żeby przejechali tak po nas, jakby – po maśle – nie przymierzając. Mamy przecież armię, której – jak dochodzą słuchy – niewiele brakuje do tego, aby i guzika od koszuli nie oddać, a co dopiero rodzimej ziemi nie obronić. Mamy nowego ministra, który im mocniej osiada na stanowisku, tym z coraz sroższą miną się wypowiada, czym wystarczająco odstrasza potencjalnych agresorów /a mnie – z ulgą przyznaję – strasznie uspokaja/. Mamy wreszcie nowy rząd, który – jeżeli tak hardo stawia się się sojusznikom z Brukseli – to cóż dopiero z Rosjanami uczyni.

Zupełnie zapomniawszy natomiast o planowanych wojskowych ćwiczeniach NATO zerknąłem od niechcenia w telewizor i – przerażony – ujrzałem na ekranie napis ANAKONDA. Zrazu pomyślałem, że to ostrzeżenie przed pełzającym gdzieś w okolicy wężem dusicielem! Po chwili jednak zorientowałem się, że ten mrożący krew w żyłach napis filmowany jest z góry, ze śmigłowca… Wtedy już puknąłem się w czoło! Jak mogłem zapomnieć! ANAKONDA to przecież  kryptonim – groźniejszych niż najgroźniejszy wąż -wielonarodowych manewrów wojskowych, które właśnie się u nas odbywają.

I począłem śledzić to tak ważne – nie tylko przecież dla nas – wydarzenie. Ach! Czego tam nie było!!! I zrzut spadochroniarzy! I most pontonowy! I zasadzki, i przegrupowania pododdziałów, i strzelania! I… I wszystko to tak pięknie pokazane… Tak dziarsko po wojskowemu, a jednocześnie w sposób tak filmowy, że – łza się w oku kręci. No i sam Pan Minister stwierdził, iż – jesteśmy gotowi do obrony. Nie powiedział jednak czy – się obronimy – ale to już inna inszość – ważne, że jesteśmy gotowi.

Jak to wojsko pięknie się prezentuje – pomyślałem. Całkiem jak kiedyś: jak latem trzydziestego dziewiątego albo jak za ministrowania Jaruzelskiego, kiedy to się trawę malowało, żeby na pokazie dla VIP’ów ładnie wyglądała.

W międzyczasie ważny amerykański generał zaniepokoił mnie nieco stwierdzając, że wróg mógłby zająć państwa bałtyckie w czasie krótszym niż trzy dni i że nasze sojusznicze wojska mogłyby nie zdążyć z odsieczą. Jestem pewien, że po Anakondzie musiał zmienić zdanie. Musiał zmienić gdy zobaczył pododdziały sojuszników, które ćwiczyły na naszych poligonach.  A byli tam przecież i Litwini, i Rumuni, i Bułgarzy, i Chorwaci… Ach jak oni się  się poznawali, zgrywali i wroga odpierali. I dobrze! Bo nasz  żołnierz winien znać bułgarskie zasady walki na pamięć i na całe życie, żeby kiedyś wygrzewając kości na plażach Morza Czarnego, mógł powiedzieć przy kieliszeczku rakiji: Bułgar, Polak dwa bratanki…

A najważniejsze – to, że w tych manewrach nasi żołnierze mogli lepiej poznać swój ojczysty kraj /jak stwierdził jeden z dowódców manewrów/. Na czas Anakondy bowiem – jednostki z zachodniej części Polski przemieściły się na wschód! Cóż to za piękny pomysł, żeby dowódcy różnych szczebli poznawali kraj – powtórzyłem za nim podekscytowany. Tylko czy ta wojskowa turystyka, czy aby nie mogłaby być ona odrobinę tańsza? Tak sobie myślę, że po co te wojskowe transportery mają robić za turystyczne autokary i ciągać je w te i nazad po pięćset kilometrów? Ale nie ma strachu, bo ten sam dowódca stwierdził, że wiele jeszcze musimy poprawić. Więc jestem pewien – ani chybi, od tego zaczną – i w try miga przerzucą wojsko na rowery…

 

A teraz serio…

W Anakondzie wzięło udział co prawda ponad trzydzieści tysięcy żołnierzy, ale w niewielkich taktycznych pododdziałach rozlokowanych na terenie całego kraju. A w tym samym czasie za naszą wschodnią granicą – ćwiczą w pełnej gotowości bojowej pancerne dywizje. Dywizje! Podczas gdy u nas bataliony czy kompanie nawet!  Putin mówi o zajęciu Warszawy w ciągu dwóch dni, a my zamiast sprawdzać możliwości dużych, mobilnych związków bojowych, przeprowadzać poważne ćwiczenia sztabowe – ćwiczymy niewielkie wielonarodowe pododdziały.

W mojej opini, ćwiczenia Anakonda były sensowne przede wszystkim dla Amerykanów, bo sprawdziły ich możliwości operacyjne. A postawienie mostu pontonowego i przerzut przez niego kilkuset pojazdów, to przecież nie aż taki wyczyn, żeby się nim chwalić. Przypomnę, że za czasów Jaruzelskiego /kilkadziesiąt lat temu/ pułki zmechanizowane i pancerne z marszu forsowały rzeki po takich mostach.

Nie mnie rozumieć zamysły wojskowych strategów, za to śmiało mogę przypomnieć prawdę starą jak świat: wojskowi zawsze przygotowują się do takiej wojny, która się właśnie skończyła. Dotyczy to oczywiście krajów, mających w swych doktrynach obronę granic. Państwa agresywne, planujące inwazję, zawsze są ten jeden co najmniej krok do przodu. Co więcej – państwa te przeważnie dobrze wiedzą, jak wielki jest to krok.

Powiedzmy tu jeszcze, że jednym z ważniejszych celów tych ćwiczeń było przeciwdziałanie potencjalnemu zajęciu przez przeciwnika krajów bałtyckich i północnej części Polski. Według założeń naszych sztabowców agresor zajmując te tereny, prowadząc wojnę hybrydową, dążył będzie do obalenia legalnych rządów i utworzenia nowej, podporządkowanej mu władzy.

Takie założenia to wypisz wymaluj sytuacja z Ukrainy. Jednak wszystkich krajów bałtyckich, a tym bardziej każdego z nich z osobna, w żadnym razie nie można porównywać z naszym wschodnim sąsiadem. Jedynym elementem podobnym jest stosunkowo duży procent ludności w całej populacji posiadającej podwójne – rosyjskie – obywatelstwo lub też po prostu sympatyzujących z Rosjanami. To jednak zbyt mało, żeby się tam zrealizował scenariusz ukraiński.

 

 

Bo – moim zdaniem – Litwa, Łotwa i Estonia to państwa, niestety – przy całym szacunku do nich –  za małe w sensie posiadanych, szeroko rozumianych aktywów – by potencjalny agresor cackał się z nimi zielonymi ludzikami. W razie inwazji te kraje zostaną zajęte może nawet o wiele, wiele wcześniej niż był łaskaw nam powiedzieć amerykański generał. Nie rozmieszczając tam naprawdę poważnych sojuszniczych sił NATO – czego Amerykanie oczywiście nie zrobią, nie wspominając o reszcie członkowskich krajów – nie zdążymy im pomóc.

Cel Anakondy współgra mi z planowanym tworzeniem jednostek obrony terytorialnej. Jednak powołanie tych sił uważam za kosztowny błąd. Straszny błąd dla naszych zdolności obronnych. Tworzenie piędziesięciotysięcznych sił z zadaniem odparcia wojny hybrydowej to, jak już powiedziałem – co najmniej jeden krok do tyłu. Koszty powołania tych wojsk, ich uzbrojenia, wyszkolenia i utrzymania choć w jakiej takiej gotowości bojowej będą ogromne. A kadry dowódcze dla tej formacji? Pomysł, by promować żołnierzy na podporuczników po sześciomiesięcznym kursie uważam za tragikomedię. Z tymi ludźmi po tak krótkim okresie, należałoby dopiero rozpoczynać poważnie szkolenie. A jedyna w kraju rasowa szkoła oficerska we Wrocławiu wypuszcza co roku tylko garstkę oficerów. Mamy jeszcze oficerów po Wojskowej Akademii Technicznej, ale to ludzie z wykształceniem politechnicznym, przygotowani do realizacji zupełnie innych celów niż dowodzenie pododdziałami liniowymi.

Zamiast fundować sobie ten quasi wojskowy, kosztowny i z biegiem lat kłopotliwy projekt, należałoby przeznaczyć środki finansowe i użyć ludzkiej energii  do stworzenia kilku nowych, prawdziwie bojowych, doskonale wyposażonych i mobilnych jednostek oraz doposażenie reszty sił zbrojnych. Chociażby przeznaczmy część środków na zwiększenie zapasów amunicji i materiałów pędnych. To – zdaje się – byłby naprawdę uzasadniony wydatek.

Scenariusz z zielonymi ludzikami ma małe prawdopodobieństwo, żeby się u nas powtórzyć. Tylko wyszkolone, wyposażone, zdolne do błyskawicznego przerzutu w dowolne miejsce w kraju siły zbrojne są zdolne przeciwstawić się zagrożeniu, które przecież o ile wystąpi, to i tak będzie dla nas sporym zaskoczeniem. A sięganie po organizacje paramilitarne typu Strzelec, użyte w ćwiczeniu Anakonda nie są mądrym rozwiązaniem, żeby nie powiedzieć mocniej. Nie neguję zasadności ich istnienia i przydatności w szeroko rozumianej materii obronnej. Ale na miłość Boską, nie puszczajmy – ochoczych, lecz w sumie bezbronnych – młodych ludzi na poważne zapasy z zawodowcami, bo to też już było.

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: