Hannibal, primum non nocere, a bezpieczeństwo państwa

Rzeczą oczywistą w demokracji jest, że jeżeli jakieś ugrupowanie /partia/ przejmuje w wyniku wyborów władzę, to wprowadza – mówiąc kolokwialnie – swoje rządy. Przed państwem pojawiają się nowe cele i zadania, zmieniają się metody działania, przychodzą nowi ludzie odpowiedzialni za kontynuowanie „starego” i wdrażanie w życie „nowego”. Wszystkie te zmiany, które przynosi ze sobą zmiana władzy są naturalne, słuszne, uprawnione i powinny być ożywcze dla państwa.

Jednakże żadne działanie nie powinno szkodzić interesowi państwa, a już przede wszystkim jego bezpieczeństwu.

Bezpieczeństwo państwa – w tym zwłaszcza jego obronność – jest ponadpartyjne i ponadczasowe. Dlatego nikt – żadna władza – nie może sobie w tej materii uzurpować praw do radykalnych działań według swojego widzimisię. Żaden urzędnik w żadnym czasie nie może sprawować władzy zgodnie z interesami mniejszych czy większych grup nacisku. Wobec sprawy obrony państwa interesy wszelkich partii, partyjek, związków zawodowych, wszelkich organizacji, stowarzyszeń, lobby, czy koterii są bez znaczenia. I pomimo tego, że powyższe słowa wydają się być oczywiste dla każdego, to rzeczywistość co dzień dostarcza nam dowodów, że przywoływanie ich wciąż i wciąż na nowo jest koniecznością.

Armia, jej zdolności bojowe – w tym głównie system dowodzenia, struktura organizacyjna, uzbrojenie czy poziom jakościowy kadry, jak również tak niedoceniane teraz morale – wiadomo, jakie zaangażowanie takie działanie – nie może być traktowane przez politycznych decydentów jako teren egoistycznych eksperymentów.

Nie zabierałbym w tej sprawie głosu, licząc, że są w tych tematach ludzie znacznie bardziej kompetentni ode mnie lecz wydarzenia na Krymie dają uprawnienia każdemu, kto widzi, że „źle się dzieje w państwie duńskim”. Od razu zaznaczę, że z powodu licznych kwestii, które chcę poruszyć, niepokojące mnie problemy – z racji ich istoty i obszerności – będę mógł tylko zasygnalizować.

Od lat martwiły mnie niekończące się reorganizacje sił zbrojnych, które  mogły wpływać – na miesiące jak nie całe lata – na obniżenie gotowości bojowych wojska. W planach, na schematach, wykresach, szeroko rysowanych założeniach te zmiany sił zbrojnych miały się szybko skończyć i zapewnić sprawną i optymalną strukturę na długo. W rzeczywistości nie wszystko wyglądało tak różowo. Choćby sam brak odpowiedniej – co do zakresu – informacji spływającej po szczeblach hierarchii aż do samego dołu, wywoływał wśród kadry niepewność, obniżał jej motywację, dawał pole do niekończących się plotek i domysłów. Na szczęście dla nas Hannibal był wtedy daleko od naszych bram  /chociaż co pamiętliwsze matki ani na moment nie ustawały w przestrogach, że trzeba się śpieszyć, bo nadejść może w każdej chwili/.

Problemem, który budził moje wątpliwości był sposób zmniejszania stanu osobowego korpusu żołnierzy zawodowych. Oczywiście rozumiałem konieczność redukcji ilościowej armii, ale miałem nieodparte wrażenie, że jest ona oparta głównie na kryterium kosztu, przy wykorzystaniu metody procentowo-ilościowej. To znaczy – albo tniemy etaty o trzydzieści, czy czterdzieści procent – albo likwidujemy jedną, dwie, czy trzy jednostki. Celowo upraszczam ten złożony przecież problem po to, by zastanowić się czy przy tym redukowaniu nie wylaliśmy czasem dziecka z kąpielą. Czy słuszne było aż tak gwałtowne cięcie zasobów kadrowych /i materialnych/ sił zbrojnych? Wszak dziś się już mówi, że liczebność armii powinna zostać podniesiona do stu pięćdziesięciu, a może nawet do stu osiemdziesięciu tysięcy żołnierzy. Ilu zatem wyszkolonych, wartościowych oficerów zwolniliśmy w ostatnich latach i jakim kosztem będzie wyszkolenie ich następców.

Zanim przejdę do kolejnej sprawy, chciałbym wspomnieć o roli ministra obrony narodowej, który w czasie pokoju kieruje całokształtem działalności sił zbrojnych. Nie można kwestionować samej zasady cywilnego nadzoru nad armią, ale fakt, że w trzeciej RP mieliśmy kilkunastu ministrów obrony nie był dla wojska korzystny. To właśnie częściowo z powodu fluktuacji na tym stanowisku, wystąpił moim zdaniem, brak długofalowej, stabilnej strategii modernizacji sił zbrojnych. Zgodnie z powiedzeniem „nowa miotła lepiej zamiata” armię dotykały niekończące się zmiany.

Osobną kwestią jest autorytet ministra u żołnierzy. Obserwując działanie szefów tego resortu oceniałem, że wielu z nich ma w wojsku tylko formalny autorytet wynikający z funkcji. No bo co za natchnienie, jaką wizję rozwoju sił zbrojnych mieli co poniektórzy z nich prezentując się na szklanych ekranach – zwłaszcza na początku ministerialnej kariery. Jak pięknie wszyscy ci ministrowie zaczynali swą służbę dla kraju. Jeden z szefów resortu obrony zaczął nawet swe posłannictwo od wymiany fotela na bardziej ergonomiczny /i – pomimo wydanych złotówek – nikogo to nie raziło, bo kto jak kto, ale minister obrony to zdrowy powinien być/.

Ale gdy słyszę, że nasz nowy minister spraw wojskowych na swego doradcę zatrudnia dwudziestolatka, to chcę powiedzieć, że mnie to razi. A przypuszczam, że dla szeregu podoficerów, oficerów i generałów, którzy na ciężkiej pracy dla dobra kraju, poligonach, misjach wojskowych i pokojowych stracili zdrowie, jest to po prostu obraźliwe.

Ale – biorąc pod uwagę kwestię uzbrojenia – to mianowanie /jak słyszę już anulowane/ jest mało znaczącym drobiazgiem.

O tym, że śmigłowiec odgrywa kluczową rolę na współczesnym polu walki nie trzeba przekonywać nikogo. Już Hannibal – jako jeden z pierwszych – docenił znaczenie mobilności armii i rolę szybkiego i pewnego transportu dla wojsk /wykorzystał m.in. słonie do przeprawy przez góry/.  Ale o tym, że jednym ze słabych punktów naszej armii jest brak śmigłowców spełniających wymagania dzisiejszych realiów wojskowych wiedzą już znacznie mniej liczni.

Gdy w bieżącym roku zakończono przetarg na ten rodzaj uzbrojenia wydawało się, że wreszcie będziemy mieć sprzęt, którego nam tak brakowało. Francuski śmigłowiec Caracal spełniał większość ze stawianych mu przez wojskowych wymogów /żeby było jasne – wszystkich wymagań nie jest w stanie spełnić praktycznie żadna maszyna/. Według wojskowych, którzy wypowiadają się na ten temat publicznie, wybór Caracala był rozwiązaniem optymalnym. Ten nowoczesny śmigłowiec znacznie przewyższa walorami techniczno-bojowymi pozostałe oferowane w przetargu maszyny.

Tymczasem nowy minister obrony narodowej – tuż po objęciu swego stanowiska – zakwestionował zasadność wyboru tego śmigłowca. Odbyło się to przy poparciu ludzi związanych z naszymi zakładami lotniczymi w Mielcu i Świdniku. Choć nie należy się łudzić – żaden ze śmigłowców zaproponowanych przez te zakłady w przetargu – nawet w ocenie laika – nie może stanowić alternatywy dla Caracala /z łatwością każdy znajdzie w internecie wiele merytorycznych opinii potwierdzających tę tezę/. A tym, którzy tak troszczą się o miejsca pracy w naszych lotniczych zakładach, chcę powiedzieć, że doceniam ich starania i troskę o rozwój rodzimego przemysłu, ale nie może się to odbywać kosztem bezpieczeństwa państwa. A zresztą – ile jest polskiej myśli technicznej w zaoferowanych śmigłowcach i co konkretnie w nich wykonujemy w Świdniku i Mielcu – to ci zatroskani panowie wiedzą lepiej ode mnie.

Nie będę szczegółowo analizował argumentacji, której celem jest unieważnienie przetargu. Stwierdzam jednak, że wszelkie zarzuty co do rzekomych nieprawidłowości przy przetargu wydają się być zupełnie nieprawdopodobne. Może nie wszyscy wiedzą /ale jestem pewien, że Hannibal wie/, że przeprowadzenie takiego zakupu poprzedza wielostronna specjalistyczna analiza zarówno co do naszych wojskowych  potrzeb, jak i możliwości potencjalnie zakupionej maszyny. Analizuje się też koszty jakie zrodzi taki zakup – rozważa się między innymi przyszły offset i ewentualne zaangażowanie naszego przemysłu zbrojeniowego. Zanim powstanie ostateczna specyfikacja przetargowa wszystkie jej istotne zapisy podlegają wewnątrz-resortowym i między-resortowym uzgodnieniom. Samo prowadzenie przetargu powierzone jest kilkunastoosobowej komisji, a każdy jego etap i każda decyzja komisji jest nadzorowana przez służby specjalne. Czy wobec powyższego ktoś może na poważnie sądzić, że kilkanaście, a może i kilkadziesiąt osób – w tym przedstawiciele służb – zaangażowanych w sprawę, jest uwikłanych w jakieś kryminalne układy?

Nie wiem jaka będzie ostateczna decyzja co do Caracala. Wiem za to, że Hannibal już się cieszy, że przez kolejne miesiące będziemy tę sprawę wałkować, a armia nadal nie będzie mieć tak potrzebnego jej sprzętu.

I jeszcze jedna rzecz w tej kwestii. Mianowicie – brak zaufania do kadry, do oficerów – którzy w poczuciu obowiązku, patriotyzmu i najlepszej woli pracowali nad tym projektem. Czy beztroskie podważanie ich lojalności wobec munduru, służby i państwa nie jest kolejnym bezmyślnym biciem w bezpieczeństwo kraju?

Znając pryncypializm nowego Ministra Obrony jestem zdziwiony jego deklaracjom kwestionującym wybór Caracala, bo uważam, iż niepotrzebnie  traci czas i energię w sprawie już dobrze załatwionej. Tym bardziej, że ma do zrobienia wiele naprawdę istotnych dla armii rzeczy.

Choćby pilnego wyprostowania po poprzednikach sprawy hierarchiczności w wojsku. Dziś minister obrony ma kilku równorzędnych podwładnych /zamiast jednego pierwszego żołnierza Rzeczypospolitej mamy kilku pierwszych żołnierzy/. A przecież naczelny dowódca powinien być jeden – na takim stanowisku i z takim stopniem wojskowym, który dawałby mu uprawnienie do dowodzenia całymi siłami zbrojnymi.  Odwieczna zasada jednoosobowego dowodzenia zapewniająca sprawność działania wszystkich armii świata, w ostatniej reorganizacji polskiej armii została naruszona.

Tę istotną kwestię dla bezpieczeństwa państwa podniósł już publicznie dziennikarz portalu defence.pl Maksymilian Dura w artykule „Kto dowodzi polską armią” z 24 sierpnia 2015r. Ja dodam tu tylko, że w czasie pokoju minister obrony kieruje siłami zbrojnymi RP. Kieruje, a nie dowodzi! Czyli nie może wydać podporządkowanym mu bezpośrednio dowódcom rozkazu. Może wydać im polecenie. A tylko rozkaz żołnierz wykonuje oraz melduje o jego wykonaniu, jak nakazuje mu żołnierska powinność i regulamin. Rozkaz, który jest poleceniem szczególnym – obligującym do szybkiego, praktycznie bezwarunkowego wykonania – a za jego niewykonanie grożą karne sankcje.

Zatem już nawet w czasie pokoju sytuacja, w której tak naprawdę wojsko nie ma swego najwyższego dowódcy, może rodzić niepotrzebne konflikty interesów, napięcia i tarcia pomiędzy najwyższymi osobami i ogniwami w systemie dowodzenia /Hannibal – przywołajmy go tu ponownie – nie miał równych sobie rangą i stworzył tak sprawną i zwycięską armię, że Rzymianki jeszcze tysiąc pięćset lat później straszyły nim swe dzieci/.

I – już w podsumowaniu – życzę sobie i PT Czytelnikom na ten nowy, nadchodzący 2016 rok, żeby obecne, jak i każde następne kierownictwo MON –  działając w tak wrażliwej materii jak bezpieczeństwo państwa – kierowało się starą lekarską maksymą: primum non nocere. Bo wtedy, nawet jak nic nie zrobią, to i tak zrobią bardzo dużo.

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: