Z troską o fado.

Lizbona – miasto niezwykłe. Miasto wielkiej historii i wielkich ludzi. Leżąca nad Tagiem – tuż przy ujściu do Atlantyku – stolica Portugalii zachwyca swym położeniem, architekturą i kulturą. Kulturą – bo Lizbona dała światu rzecz wyjątkową – Lizbona dała nam fado.

To głównie w Lizbonie  – w jej najbiedniejszych portowych  dzielnicach Mourarri i Alfamie  – zrodził się ten muzyczny światowy fenomen. Ekspresyjny a zarazem niezwykle  liryczny, nasycony nostalgią oraz wywołującą współczucie tęsknotą  specyficzny styl śpiewania solowego kobiety lub mężczyzny przy akompaniamencie dwóch gitar. Ten pełen filozoficznej zadumy nad ludzką egzystencją gatunek muzyczny znany dziś na całym świecie, nie tylko z powodzeniem utrzymuje się na powierzchni wśród zalewu popularnej muzyki, ale jest jednym z istotnych niszowych muzycznych gatunków.

Każdemu turyście, który udaje się do Lizbony wydaje się, że skoro tylko znajdzie się na lizbońskiej ulicy od razu wpadną mu w uszy tak charakterystyczne dźwięki fado i że – podobnie jak z jazzem w Nowym Orleanie – spotka się z fado dosłownie wszędzie. Ale czeka go rozczarowanie. Na Lizbońskiej ulicy co krok spotyka się grupy grające muzykę na żywo – soul, reagge, jazz… Grające wszystko -prócz fado. Fado zniknęło z krętych uliczek Mourarii i Alfamy… Z knajpek, miejskich placów czy domowych balkonów. Tracąc przy tym – tak ważną dla rozwoju każdego rodzaju kultury – spontaniczność, wigor, żywiołowość, naturalizm /który widać choćby na obrazie Jose Malhoa „Fado” z 1910r – poniżej /.

Fado współczesne to fado profesjonalne. Uszlachetnione, zarezerwowane dla zawodowych artystów – posiadających licencje – stowarzyszonych w odpowiednich organizacjach. Tak w całej Lizbonie jak i w Alfamie częściej słucha się fado z płyt CD niż na żywo.

Czy w związku z tym stolica fado pozbawiona jest fado? Oczywiście, że nie. Na uliczkach „bogatszej” Alfamy jest kilkanaście /może więcej/ restauracji – domów fado – gdzie można spędzić nastrojowy wieczór słuchając tych pełnych uczucia i melancholii pieśni. Ale nie jest to fado „na co dzień” i nie jest to fado dla wszystkich. Jest to typowa turystyczna atrakcja, którą wypada zaliczyć. Nie poznać ją, nie nasycić się, ale często zobaczyć jak kolejne muzeum. Oczywiście – jak każda atrakcja turystyczna – takie fado kosztuje. Trzeba przeznaczyć minimum 100 euro na dwie osoby na zjedzenie obiadu oraz wypicie butelki wina. Trzeba na to poświęcić  około czterech godzin choć sam koncert trwa o wiele krócej. Przy czym – moim zdaniem – po tych restauracyjnych wykonaniach raczej nie można oczekiwać fado, które potrafi wprawić w trans, unieść gdzieś wyżej  i dać poczucie estetycznego przeżycia. Śpiewający tu artyści stylizują się na gwiazdy estrady, a gitarzystom daleko do wirtuozerii.

Trafiłem co prawda na jedno miejsce w Alfamie niedaleko Katedry, gdzie poziom wykonania fado jest absolutnie doskonały, a zasady identyczne jak w innych restauracjach, tylko stawka dwukrotnie wyższa. I chociaż miałem szansę uczestniczyć w naprawdę niezwykłym muzycznym wydarzeniu, to efekt przyćmiewa fakt, że koszt tej przyjemności jest zbyt duży i dla Lizbończyków, i dla szerokiej rzeszy przyjezdnych – zwłaszcza młodych ludzi.

Spacerując później po ulicach Lizbony zastanawiałem się czy uczynienie z fado markowego towaru eksportowego nie pozbawiło go jego pierwotnych cech. Czy licencje, rozliczne organizacje grupujące muzyków, tekściarzy, śpiewaków przyczyniając się do rzeczywistego uszlachetnienia fado nie zabiły czegoś, co dla rozwoju każdej formy kultury jest najważniejsze – różnorodności. Czy stworzenie elitarnego klubu fado nie zamknęło oddolnej inicjatywy, która, jako jedyna przecież, jest tą świeżą krwią niezbędną dla wszelkiego rozwoju. Czy zabiegi Portugalczyków w celu podniesienia poziomu fado, tak naprawdę go nie wyjałowią? I czy za jakieś pięćdziesiąt lat fado nie będzie zamknięte w ograniczonym kręgu koneserów. Zastanawiałem się, jaki wpływ na to wszystko mieć będzie samo fado, zmieniające się z przyczyn naturalnych? Przecież dzisiejsze fado jest tak różne od fado klasycznego. Czy to współczesne fado – moim zdaniem zbyt agresywne – tak poradzi sobie z czasem, jak pieśni Amalii Rodrigues? Mam nadzieję – ale mam też  mnóstwo obaw. Bo przecież fado to nie tylko historia portowego miasta – Lizbony. To także – a może przede wszystkim – historia pojedynczych ludzkich losów… To opis odwiecznych naszych pragnień i dramatów. To wyraz uczuć zrodzonych z rozstań, ryzykownych przedsięwzięć i nieustannych zmagań z żywiołami natury. To także chwila filozoficznego zamyślenia nad kruchością naszej egzystencji.

I szkoda by było, by kiedyś to wszystko, co niosą te pieśni, stało się tylko przedmiotem badań kulturoznawców.

Lizbona i fado. Czy dziś możemy między nimi postawić znak równości?  Lizbończycy zaangażowani w rozpowszechnianie fado – jak sądzę – odpowiedzą na to pytanie twierdząco. Ale czy zgodzą się z nimi pozostali mieszkańcy stolicy? Tego nie wiem. Za to raczej jestem pewien, że ogromna większość turystów nie powie dziś, że Lizbona to fado, a fado to Lizbona. Tym samym raczej przeznaczy znacznie więcej czasu na inne, często znacznie tańsze, lizbońskie atrakcje.

 

422124_558231540887733_890393514_n

Stanisław Sygnarski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: