Moje drugie spojrzenie na „Idę” Pawła Pawlikowskiego

 

Film „Ida” Pawła Pawlikowskiego przemknął rok temu przez ekrany kinowe – przynajmniej dla mnie – dość niepostrzeżenie. W ostatnim jednak czasie spadł na niego istny deszcz wyróżnień. I to zainspirowało mojego sąsiada Adama – który też go nie widział – do stwierdzenia, że teraz po prostu nie wypada go nie obejrzeć. Szczególnie, że to najpoważniejszy polski kandydat do Oscara „wszechczasów”. I już następnego wieczoru wraz z naszymi żonami zasiedliśmy w jego domu przed dużą taflą telewizyjnego ekranu.

O samym filmie nie wiedziałem zupełnie nic, celowo powstrzymując się od przeczytania choćby najkrótszej recenzji. Miałem jednak wobec niego – z powodu tych nagród, którymi został obsypany – mocno rozbudzone oczekiwania. Jeszcze przed seansem podzieliłem się z Adamem nadzieją, że „Ida” będzie przede wszystkim filmowa, co oznacza dla mnie, że da mi to wszystko, co może jednocześnie unieść  obraz i dźwięk. Niespecjalnie chciałem zobaczyć kolejną poruszającą historię, która owszem – zostaje w pamięci – ale do której nie ma się ochoty wracać, tak jak wraca się do kinowych gigantów w rodzaju „Ojca chrzestnego”.

Na ekranie pojawiają się pierwsze kadry filmu – kobieta w szarym habicie malująca figurę Chrystusa – i powoli, za pomocą czarno-białych zdjęć, reżyser przenosi nas w realia lat sześćdziesiątych. W naturalistycznym, surowym tle tamtych czasów zaczynamy poznawać bohaterów „Idy”. Również nieśpiesznie, z prawie bezekspresyjnie granych postaci, z ich oszczędnych dialogów zaczyna się wyłaniać problem, który ma być istotą tego filmu. Wkrótce już wiem, że „Ida” poruszy temat poważny. Temat, który – choć tak dobrze znany – siłą rzeczy nigdy nie może zostać odfajkowany i odłożony na półkę – wojna, Polacy, Żydzi…, los jednych, los drugich… I ich wspólny los.

Żadne z nas czworga nie miało ochoty na komentarze. Słuchaliśmy w ciszy słów płynących z ekranu, patrzyliśmy w milczeniu na obraz, gdzie tylko szarości wypierały czerń, a biel pojawiała się  rzadko. Film mijał, a ja – oczekując filmu filmowego – zaczynałem się… nudzić. Akcja rozwijała się powoli, napięcie rosło jeszcze wolniej, tragizm wynikający z tematu nie wywoływał mocniejszego bicia serca i -co najgorsze – dalszy ciąg był tak łatwy do przewidzenia, że już w zarodku likwidował ciekawość.

Ale – jednocześnie – ta ważkość tematu, jego dramatyczne ujęcie, nie dopuszczało myśli, że oglądanie „Idy” to strata czasu. Za to – dopuszczało inne myśli… Zabłądziłem nimi w rodzinne strony – do  Dukli. Myślałem o jej przedwojennych mieszkańcach, o których przez lata wspominano tak rzadko… Widziałem obraz rozpadającej się bożnicy, poprzewracane macewy… Pomyślałem  o budzącej się teraz pamięci i o ludziach, którzy dla przywołania ich świata pokazują w Dukielskim muzeum fragmenty tego, co się po nim uchowało.

Przypomniałem sobie swoje pierwsze zetknięcie się z okropnym stereotypem – „wiesz, Niemcy źle zrobili z Żydami, ale… rozumiesz, zrobili porządek…” Dziś – po latach – wiem, że wtedy – jako młody człowiek – nie odbierałem tego jako przejaw antysemityzmu. I wiem też, że  mężczyzna, który mi to mówił – wyjątkowo wrażliwy na krzywdę innych – również tego tak nie rozumiał. On po prostu powtarzał OBIEGOWĄ OPINIĘ.  Potem przypomniałem sobie książki Grossa i wstrząsającą pozycję Barbary Elgenking…

Patrzyłem w ekran, widziałem podnoszone z jamy w ziemi ludzkie szczątki  i myślałem tak, jak ten nastolatek, którego słowa dały tytuł pracy Barbary Elgenking. Przecież wtedy też mógł być taki piękny, słoneczny dzień… A jednak… mimo to…

Film się skończył…

Zdania były podzielone. Adamem głęboko poruszył. Ja – miałem dylemat. Bo przecież nagrody, bo temat… Ale… Zarzuciłem mu wiele: że nie odkrywczy, że nieciekawy, że nie filmowy i tak dalej.        A potem wróciłem do domu i… Film Pawlikowskiego nie dał mi spać. I jeszcze raz na nowo spojrzałem na niego. Bo przecież to dosyć dziwne – myślałem – by tak wielu ludzi, tak wielu znawców kina, widziało w nim wielkość, a ja pozwalam sobie na tyle krytyki.  I po tym spojrzeniu na „Idę” z dystansu dostrzegłem w niej to, co Adam zapewne zobaczył od razu.

Tak, Adam! Masz rację! „Ida” nie jest kolejnym filmem z rodzaju. To film, w którym jego twórcy od początku do końca konsekwentnie pokazują nam to, co zamierzyli,  wykorzystując do tego wszystkie dostępne im środki: obraz, dźwięk i słowo. Ta oszczędność – wręcz surowość w ich stosowaniu, a także dominująca w obrazie statyczność, ma tylko spotęgować w naszym odbiorze to, czego brakuje jej bohaterom.  Ma spotęgować… brak emocji.

„Ida” pokazuje nam ludzi pozbawionych emocji! Oni nie okazują żadnych uczuć. Zachowują się jak manekiny, roboty wykonujące ruchy tylko po to, by przetrwać. Na twarze mniszek w klasztorze patrzymy jak na maski bez śladu radości, uśmiechu, złości, oburzenia. Dlatego tak mocno dociera do nas panująca tam bezosobowa cisza i przerywający ją zimny, metaliczny brzęk talerzy, sztućców, czy skrzypnięcie przesuwanego mebla.

A Wanda, /Agata Kulesza/ ciotka tytułowej Idy? Ta zdaje się być również pozbawiona uczuć, gdy wyrównuje swe rachunki, skazując na śmierć Akowców. I nawet jej samobójstwo zaskakuje, bo wygląda na takie ot, bez powodu, z niczego. Owszem poznajemy jej dramat, który topi w wódce, widzimy jak szuka miłości, ale to wszystko jest jakby tylko na dziś. Ida, z którą wiązała nadzieję na znalezienie sensu życia, na nowe życie, również ją zawodzi. „Ma takie piękne włosy” – mówi do siebie ciotka w tak rzadkiej u niej uczuciowej chwili – i nikt ich nie będzie podziwiał, nikogo nie ucieszą… Bo Ida /Agata Trzebuchowska/ odchodzi w przestrzeń zastrzeżoną dla uczuć.

Taka przeraźliwie dramatyczna jest Ida. Próbuje, szuka, ale wraca tam, gdzie może przejść przez życie w bezuczuciowym kokonie. Tak, tam ma prawo do miłości, ale do miłości bezbolesnej, bezkonfliktowej… I zapewne radosnej, ale nie – ziemsko radosnej.

Utrata uczuciowości. Wyzbywanie się uczuć. Od dawna znamy takie zachowania człowieka. Tacy byli członkowie komand wynoszących zwłoki z pieców krematoryjnych. Taki jest człowiek zmuszony do życia w warunkach ekstremalnie nieludzkich… Zmuszony do życia bez  elementarnego poczucia człowieczeństwa, w warunkach totalnego zagrożenia jego egzystencji. Nasz mózg wtedy odcina nas od wszelkich bodźców wywołujących emocje. Żeby przetrwać stajemy się nieczuli na krańcowe zło i – przestajemy być ludźmi. Ale poprzez tę zdolność umysłu nie umieramy – żyjemy nadal. Bo drugą cechą naszego umysłu jest to, że łatwo zostawia w pamięci rzeczy dobre – nasze zasługi – a wypiera te gorsze – nasze winy.

„Ida” przypomina nam odwieczną prawdę, że zło rodzi się ze zła. Czasy wojny, ekstremalne poczucie zagrożenia mogą wywołać takie skażenie człowieka, że jest on w stanie – by przeżyć – popełnić każdą zbrodnię. I właśnie pokazanie tego, co zło może zrobić nie tylko z pojedynczym człowiekiem, ale z całą zbiorowością poddaną psychicznej presji – jest największą siłą „Idy”.

 

  • Barbara Elgenking, „Jest taki piękny słoneczny dzień”

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: