„Magia w blasku księżyca” – niewymagający film Wood’ego Allena

 

NOWY FILM WOOD’EGO ALLENA!

„MAGIA W BLASKU KSIĘŻYCA”!

Jak skutecznie przyciąga uwagę patrzący na nas z bilbordów Colin Firth. A zwiastuny…? Jaka w nich romantyka, klimat, pejzaże, dialogi…  A jaka ścieżka muzyczna?! Szkoda, że już dawno przebrzmiały  te rytmy i szlagiery – prześliczne, nostalgiczne… I zarys magii. Czaru dosłownego i  zapewne – jak to u Allena – w przenośni… Tak zawsze frapującego, tajemniczego, tak inspirującego do wierzenia i do odkrywania zarazem, do zdemaskowania sztuczki, do poznania tak poszukiwanej przecież prawdy. Jak nie iść do kina, żeby to obejrzeć?!

A w kinie? Czegóż to reżyser nie użył, by film mnie uderzył, by mi się spodobał. Przede wszystkim kolory: mocne, nasycone. I miejsca: przedwojenny Berlin,  a w nim pokaz najsłynniejszego sztukmistrza;  i Prowansja – z tym szczególnym klimatem najsłodszym ze słodkich, tak urzekającym – zwłaszcza dla nigdy dość ogrzanych ludzi północy. I ludzie: bogaci, wytworni, beztroscy, ekscentryczni… I  wnętrza, i stroje, i limuzyny…

A wreszcie główni bohaterowie – młodziutka ślicznotka Sophie (Emma Stone) i dojrzały elegant  Stanley (Colin Firth). A także coś, czego u Allena zabraknąć nie może –  miłość. Już od początku oglądamy powolne, acz nieustępliwe wykluwanie się JEJ – uczucia dominującego w obrazie i spajającego jego wątki i myśli, a może raczej nasze ludzkie dylematy (tak, były takie ). I widzimy jak główne postacie wdzięcznie sobie manewrują – raz Stanley w tę, raz Sophie w tamtą. A co się przy tym nagadają?  Cały film! Bez przerwy!  Bo istotnie problem do omówienia mają trudny: bo i czary, i rozum… No i jak tak od razu ustalić, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie, czy może rozum, czy – wyrachowanie?

I człowiek patrzy na ekran, gdzie wszystko ma go ująć, a jednak nic nie zachwyca. Owszem, jest i ładnie, i mądrze czasami. Ale tak jakoś wszystko idzie jakby za gładko, i mocno za płytko. Owszem – oglądamy – lecz jakby nie widząc, bo nic nas nie zmusza do myśli najlżejszej, nie drapie sumienia, nie budzi współczucia, żalu… Ba… Zazdrości nawet, choć widzimy świat i piękny, i bogaty, i tak pożądany.

I w końcu mówimy do siebie, że obejrzeliśmy jeszcze jedną  historyjkę. Historyjkę aspirującą do stawiania na poły egzystencjonalnych pytań i próbującą udzielić na nie odpowiedzi. Lecz – przynajmniej mnie – jej pytania nie zafrapowały, a odpowiedzi na nie były dziecinnie łatwe. Dlatego  potraktuję ten film wyłącznie jako letnią rozrywkę i tyle, i – sądzę – że nie będę w tym osamotniony .

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: