Refleksje po obejrzeniu filmu „Papusza”

Jeszcze zanim na ekrany naszych kin wszedł film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego „Papusza” – już było o nim głośno. A to nagrodzony tam, a to podziwiany tu. Przyznam, że bałem się tego rozgłosu. Bo nie raz zdarzało mi się oglądać film – dobrze, czy wręcz entuzjastycznie przyjmowany przez krytykę – a który okazywał się filmem nie do oglądania. A przecież film – poza wszystkim innym – musi być do oglądania. I tu – zanim powiem coś więcej – chcę wszystkich zapewnić, że „Papusza” jest do oglądania. I jest to oglądanie z wypiekami na twarzy, z uczuciem współczucia, zrozumienia, podziwu i jeszcze z tym czymś, co po zakończeniu filmu hamuje chęć zerwania się z fotela, a nakazuje trwać przez chwilę w zbiorowej zadumie.

Film zaczyna się mocno – więzienna brama, zatłoczona kobieca cela, zupełnie zrezygnowana więźniarka – Papusza /znakomita Jowita Budnik/ – siedzi przy swojej pryczy, klawisz wywołuje jej nazwisko i… po chwili – kobieta obojętna na wszystko co ją otacza – opuszcza więzienie. W następnej scenie widzimy ją siedzącą w pierwszym rzędzie na sali koncertowej jak smutnym, niedowierzającym wzrokiem wpatruje się w artystów wykonujących pieśń. Pieśń, której słowa napisała dawno, dawno temu idąc z taborem odkrytą równiną, patrząc na kłębiące się chmury, grzejąc swe dłonie nad żarem ogniska, wsłuchując się ze zdziwieniem w tok własnych myśli budzących się w głowie.

I tu po raz drugi rozpoczyna się film. Wchodzimy w inny świat – świat Cyganów. Wchodzimy na całego. Kamera tak bardzo skraca dystans  między nami a obrazem, że czujemy się jakbyśmy razem z nimi siedzieli przy ognisku, jakbyśmy razem z nimi przeżywali ich troski i radości. Wchodzimy w świat smutny, dramatyczny, rzeczywisty, w taki, jakim naprawdę był. Na ekranie mamy tylko czerń i szarość, szarość,  szarość i biel. Jednak przez odpowiednie kadrowanie i wartką, emocjonującą fabułę mamy złudzenie, jakbyśmy na wyciągnięcie ręki mieli wszystkie jaskrawe cygańskie barwy. Tak łatwo wyobrażamy sobie ich czerwone chusty, pomarańczowe czy zielone zapaski, lśniące kruczoczarne włosy, kapiące złotem kolczyki, a srebrem pierścionki. Jesteśmy w kręgu cygańskich wozów opasujących obóz, słyszymy grające instrumenty, śpiewy, głosy dzieci, wpatrujemy się w żarzące się ognisko i – poznajemy ich. Odkrywamy Cyganów, jakbyśmy bez mała odkrywali jakiś żyjący na odludziu szczep. A przecież ci ludzie żyją wśród nas od wieków. I chociaż – moim zdaniem – film powiela niektóre stereotypy, to jednak w sposób odkrywczy, a jednocześnie naturalny  pokazuje nam ich dzień codzienny, obyczaje, tradycje, wierzenia – czyli to, co było sensem ich życia. I pokazuje nam coś jeszcze. Pokazuje nam… nas. W „Papuszy” widzimy relacje polsko-cygańskie widziane oczyma Cyganów. A z ich strony – to nasze współistnienie wygląda zupełnie inaczej niż z naszej. Widzimy różnice między naszymi kulturami, dostrzegamy i rozumiemy ich racje, a wtedy rodzi się w nas samokrytycyzm, który nie pozwala poddać się stereotypowi, że to Cygan jest zawsze winien.

Papusza… Cygańska dziewczyna, która wychodzi poza normy panujące w klanie, która inaczej widzi i pojmuje otaczający ją świat. Która otwiera od zawsze zamknięte dla cygańskich kobiet drzwi – uczy się pisać i czytać. A potem spisuje to, co widzi i czuje. Papusza różni się od reszty Cyganek. I z tej jej innego widzenia świata, z tych wierszy, które powstają po nocach, między nią a jej współbraćmi  rodzi się konflikt.

Ale prawdziwy dramat Papuszy ma miejsce wtedy, gdy dzieli się ona swoją poezją z młodym literatem – Polakiem – Jerzym Ficowskim /Antoni Pawlicki/. Oskarżona przez rodową starszyznę o zdradę ich najświętszych tajemnic – poddaje się. Chce wymazać słowa kłębiące się w głowie – co znakomicie pokazano w czasie długich wyciemnień pomiędzy scenami – ale jest już za późno.

Papusza… Chyba każdy z nas zna, a może i – przez swoją nietolerancję ma na sumieniu – jakąś „Papuszę”. Zbyt mądrą, zbyt wrażliwą, zbyt dziwną, zbyt zamkniętą w sobie… Zbyt inną od tej naszej doskonale „normalnej” reszty. Papuszę nierozumianą i tak często przez to nierozumienie i tę inność pogardzaną.

Ja też znałem taką „Papuszę”. Jej dramat zaczął się w dniu, gdy usłyszała od matki: „To już koniec twojej nauki. Już więcej do szkoły nie pójdziesz”. Było to dla niej ciosem, z którego się tak naprawdę – w sensie psychicznym – nigdy nie podniosła. Szła przez życie nierozumiana i lekceważona, chociaż rozumiała Kanta, Hegla, Schopenhauera… Chociaż przeczytała wszystko, co było w jej zasięgu i zgromadziła bibliotekę, której półki nie były zajęte przez lekkie książeczki. Gdy zmarła – w jednej kieszeni jej bluzy znaleziono dwie kartki maczkiem zapisane matematycznymi całkami, a w drugiej – różaniec.

Wiele ciepłych słów można powiedzieć o „Papuszy”, bo oprócz tego, że film ten jest po prostu fabularnie, aktorsko, muzycznie /Jan Kanty Pawluśkiewicz/ i scenograficznie dobry, to ponadto skłania do refleksji. Ja dodam jeszcze tylko, że film ten, to obraz z rodzaju takich, które udowadniają, że warto czekać i mieć nadzieję, że raz na jakiś czas – z zalewającej nas fali filmów nijakich – wyłoni się kino prawdziwe. Kino mądre, przejmujące i kino z przesłaniem,  które zapada w pamięć.

Stanisław Sygnarski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: