„Adwokat” – film do zapomnienia.

                            

          Byłem wczoraj na filmie „Adwokat”.  Mógłbym już po tym jednym słowie „byłem” zakończyć opis swoich wrażeń na temat tego „dzieła”, ale – bardziej z obowiązku niż z potrzeby – dopiszę jeszcze parę zdań. A nuż kogoś ustrzegę przed zmarnowaniem czasu i pieniędzy.

          Akcja zaczyna się „pornosowato”. A po tym leci już wszystko, co pomoże – bez zbędnych treści – zapełnić widzami salę kinową. Mamy więc koktajl seksu, przemocy, strachu, gadania, skrajnej biedy, takiegoż bogactwa, wzniosłych i niskich uczuć, pseudo filozofii, pięknych ciał, odrażających typów, egzotycznych plenerów i….dzikich kotów /oswojone zwierzęta przypominające gepardy, w obróżkach wybitych ćwiekami – niekiedy goniące króliki – co strasznie jara filmową złą dziewczynkę/.

          Być może było w tym filmie jeszcze coś, czego po paru godzinach po seansie już nie pamiętam, ale to mi wystarcza by zadać sobie pytanie: Czego w „Adwokacie” nie widziałem? Nie widziałem filmu. Nie widziałem perypetii, bohatera, konfliktu,  przesłania, humoru, podtekstu i tego wszystkiego, co powoduje, że film nazywa się filmem – nie filmidłem – i co pozwala choćby przez chwilę o nim pomyśleć.

          No zgoda, zgoda. ” Adwokat”  pokazuje nam bezwzględny świat narkotykowych mafii. Tyle tylko, że – przynajmniej u mnie – poza strachem, odrazą i sprzeciwem wobec świata ślepej przemocy, nie wywołuje to niczego więcej. Mam świadomość, że tego typu problemy trzeba pokazywać i mówić o nich bez końca. Ale sposób podejścia do takiego tematu nie powinien być płyciutki i zobligowany tylko jednym kryterium – kryterium taniej komercji.  Być może obnażenie okrutnych praw rządzących narkotykowym światem miało być dla jego twórców głównym celem i przekazem tego filmu, ale jeżeli tak, jeżeli ten film miał być czymś więcej niż tylko sloganem, to musiałby być zupełnie innym filmem niż oglądałem, kręcąc się na krześle w wyczekiwaniu zbawczego napisu: „The end”.      

           Nie wymieniam z nazwisk ani jego twórców, ani nikogo z obsady, bo przypuszczam, że już pewnie niezadługo /a może nawet dziś/ nie będą się oni zbyt chętnie przyznawać do „Adwokata”. Przypuszczam, że po zwrocie nakładów, być może po podliczeniu zysków, potraktują ten film podobnie jak wojskowi traktują samonaprowadzający się pocisk: wystrzel i zapomnij. Żaden z nich nie jest przecież idiotą – każdy dobrze wie, w czym wziął udział. Sądzę, że posiedli oni w stopniu przynajmniej podstawowym tę nadzwyczajną ludzką zdolność zapominania i jeżeli chodzi o ten film, ochoczo z niej skorzystają.

           O… Zdaje się, że i ja skorzystałem z tej zdolności, bo sam już z tego wczorajszego kina niewiele pamiętam.

           Kto zechce i tak pójdzie na ten film i jeżeli odbierze go tak, jak ja go odebrałem, życzę mu, by jak najszybciej dołączył do grona zapominalskich.

 

Stanisław Sygnarski

 

         

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: