Parę myśli o wyspie Sal w archipelagu Zielonego Przylądka.

Parę myśli o wyspie Sal w archipelagu Zielonego Przylądka.

Wyspy Zielonego Przylądka. Jak kusząco może zabrzmieć  ta nazwa dla potencjalnych turystów słabiej obeznanych w geografii. Jak łatwo może poruszyć wyobraźnię  i wywołać w niej całą serię malowniczych, cudownych obrazów zielonych krain kołyszących się na lazurowych wodach. Tymczasem nic bardziej mylnego. Zieleni na tym archipelagu jest jak na lekarstwo, a sama jego nazwa dotyczy Zielonego Przylądka, który leży daleko od nich… – w Afryce.

Cały archipelag to kilkadziesiąt wysp /z czego tylko dziewięć zamieszkałych/,  leżących na wodach oceanu Atlantyckiego, ponad sześćset kilometrów od Senegalu. Portugalczycy zaczęli je kolonizować już w piętnastym wieku, od razu dostrzegając ich kolosalne znaczenie dla żeglugi. Tu można było na jakiś czas przerwać rejs, odpocząć, pohandlować, uzupełnić zapasy i ruszyć dalej – czy to do Indii, czy w kierunku Ameryk.

To właśnie korzystne położenie na Atlantyku zapewniło wyspom trzy wieki  /począwszy od wieku szesnastego/ prosperity. Ta prosperity wynikała głównie z rozwoju handlu. Ale był to handel niewolnikami. I gdy pod koniec osiemnastego wieku kończyła się era niewolnictwa, dla wysp nastały gorsze czasy. Wiek dziewiętnasty i dwudziesty to dla nich okres zastoju gospodarczego.

I dopiero teraz wydaje się, że powoli, powoli zaczynają stawać na nogi. I znów – jak dawniej – poprawa ich sytuacji jest zasługą ich położenia.

Tym razem jednak chodzi o turystykę. W miarę ciepły Atlantyk, pewne słońce przez trzysta pięćdziesiąt dni w roku, temperatury wręcz idealne dla człowieka, piaszczyste plaże i sprzyjające sportom wodnym wiatry są wystarczającym wabikiem dla hotelarzy i turystów. Ci pierwsi już zwąchali tu interesy i budują jeden po drugim wypoczynkowe kompleksy, a ci drudzy – skoro mają tu wszystko co potrzebują by dobrze wypocząć – to czasu nie tracą. Wsiadają w samoloty – i lecą.

Wyspa Sal. Mały płat spalonej, miejscami kamienistej, miejscami piaszczystej ziemi, który miliony lat temu wybuch wulkanu wyrzucił ponad fale Oceanu. Długa może na trzydzieści kilometrów, szeroka na kilkanaście – i to w najszerszym miejscu. Poza tak  przyjemnym dla oka widokiem oceanu rozlewającego się aż po horyzont, poza pięknymi – zwłaszcza na południu -plażami, krajobraz wyspy jest surowy. Gdyby nie kilka utworzonych z czarnej wulkanicznej lawy pasm wzniesień i niewysokich wzgórz, które można wzdłuż i wszerz zjeździć quadem i na których człowiek czuje się prawie jak na księżycu, to jeżeli chodzi o widoki, na wyspie nie byłoby wiele powodów do zachwytu. Bo trudno zachwycać się jałową, prawie pozbawioną zieleni, piaszczystą lub skalistą pustynią.

W tych trudnych warunkach, w ubogich miasteczkach i jeszcze uboższych wioskach, żyje – a może raczej walczy o przetrwanie – kilkanaście tysięcy ludzi. I co roku – dzięki rozwojowi turystyki – za pracą przybywają setki nowych. Większość z nich chce zostać na Sal tak długo jak tylko się da. Bo choć nam wyspa wydaje się mało gościnna, im wydaje się całkiem atrakcyjna. Zwłaszcza w porównaniu z tym skąd przybyli. Tu jest szansa na pracę a rodziny, które zostawili na senegalskiej pustyni bardzo liczą na ich pomoc.

Rdzenni mieszkańcy Sal to głównie Mulaci – potomkowie afrykańskich niewolników i  Portugalczyków. Połowa z nich – jakieś osiem tysięcy – mieszka w stolicy – Espargos – reszta w paru nadmorskich miasteczkach i w kilku niewielkich osadach rybackich.

Jednak teraźniejsza Sal to nie stolica i to nie te parę miasteczek i wiosek. Dzisiejsza Sal to jedno miasto. To Santa Maria – jej hotele i plaże. Santa Maria to miasteczko leżące na południowym cyplu wyspy, z którego na prawo i lewo rozchodzą się jak żółte wstęgi piaszczyste plaże, które z roku na rok coraz gęściej obrastają hotelami. To miasto, które jeszcze kilkanaście lat temu było może półtora tysięczne, a teraz liczy już pewnie sporo ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Santa Maria to także port. Dziś – jak kiedyś – największy na wyspie.

Tak naprawdę jest to miasto dwóch ulic długości może półtora kilometra i kilkunastu przecznic. Od strony lądu nie poprzedza go nawet namiastka przedmieścia. Wjeżdża się w nie – lub wchodzi – jedną, no – może dwiema drogami, bezpośrednio z bezludnego, bezdrzewnego, równinnego, piaszczystego, śmiało można powiedzieć nijakiego otoczenia. Jeżeli spojrzy się na nie z perspektywy paru kilometrów, rzuca się w oczy – szczególnie na jego obrzeżach – sporo nowych, niedokończonych jeszcze budowli. W większości powstaną z nich hotele lub apartamentowce. W centrum znajduje się parę wyróżniających się standardem budynków zajętych przez banki lub sieci handlowe. Reszta to skromna, jednopiętrowa zabudowa. Na parterach są sklepy, na piętrach mieszkania. W sklepach sprzedaje się wszystko, ale najczęściej suweniry. To znaczy głównie tandetny chłam dla tych, którzy chcą kupić cokolwiek, byle coś stamtąd przywieźć. Jeżeli naprawdę się chce można tam jednak wyszperać dobrą, ciekawą i rodzącą jakieś skojarzenia pamiątkę.

Santa Maria przeżywa obecnie dwa najazdy: turystów – z czego się cieszy i Senegalczyków – z czego się smuci. Smuci, bo rdzenni mieszkańcy – nie tylko Santa Marii ale i całej wyspy -zatrudniani na ogół w charakterze hotelowej obsługi – czują się trochę zepchnięci na społeczny margines przez dynamicznych Senegalczyków, którzy totalnie zdominowali handel. I ta dominacja wywołuje między nimi niepotrzebne waśnie i rodzi uczucie zazdrości. Od świtu do nocy pracującym tubylcom trudno zrozumieć, że handel w tych warunkach wcale nie jest łatwym sposobem na życie.

Miałem okazję poznać co nieco tych afrykańskich przybyszów. Usłyszałem od nich parę smutnych emigracyjnych historii, które – za wyjątkiem różnic w standardzie życia – tak bardzo są podobne to tych naszych, ukraińskich i wszystkich innych relacji opowiadających o wyjeździe za chlebem. Widziałem też warunki, w których przychodzi im bytować, jeżeli już jakimś cudem uda się im pokonać te kilkaset mil morskich i przybić do molo w Santa Maria. Któregoś razu, jeden z tych przesprytnych Senegalczyków – chwaląc mi się dobrą godzinę tym, co też to on nie posiada,  do czegóż to on już nie doszedł i do czego ma jeszcze zamiar dojść – zaprosił mnie do siebie. Do swojego domu i „fabryki” -jak dumnie nazywał swój biznes. Z głównej ulicy Santa Marii po kilkuset metrach zagłębiliśmy się w rejon najprawdziwszych slumsów. Drewniane budy, rozlatujące się blaszane szałasy, odrapane murowane baraki zrobiły na mnie przygnębiające wrażenie. Sam nie wiedziałem kiedy zatrzymaliśmy się  przed niskim betonowym bunkrem z maleńkimi tylko okienkami u góry, a mój przewodnik przedstawiał mi już swoją żonę i każde z czworga ich malutkich dzieci. To co zobaczyłem po wejściu do środka, to – co dla niego było powodem rzeczywistej dumy – dla mnie było dotknięciem skrajnej ludzkiej nędzy. Wyszedłem z jego domu z trudem ukrywanym smutkiem, a jedyne co poprawiało mi nastrój, to ten jego niepohamowany entuzjazm wynikający z tego, że już dużo osiągnął, a przecież jutro – co tam jutro – już zaraz, za godzinę będzie miał więcej.

A jacy są Kreole? Niestety tutaj powiem tylko o moich wrażeniach wynikających z obserwacji i luźnych kontaktów. Bo po pierwsze dzieliła nas bariera językowa, a po drugie Mulaci to nie wylewni, towarzyscy, czarni Senegalczycy.  Przypatrywałem się im bacznie i mogę powiedzieć, że są to życzliwi, skromni, pracowici  i dumni ludzie – nigdy nie widziałem u nich ręki wyciągniętej po datek. Wydają się dość zamknięci na obcych.  Widziałem ich jak pracowali i jak odpoczywali. I do dziś – już po kilku latach – mam wyraźnie w pamięci ich zamyślone, smutne, a może tylko niewyspane  twarze przyklejone do szyb autobusów, którymi codziennie rano przyjeżdżali z Esparagos do pracy. Poza tym, a może przede wszystkim uderzyła mnie uroda Kreolek. Były naprawdę bardzo ładne.

Starałem się tu podzielić z Czytelnikami paroma ogólniejszymi refleksjami nasuwającymi mi się dziś, gdy pomyślę o wyspie Sal. Nie wspomniałem nic o atrakcjach turystycznych, bo łatwo je można znaleźć w folderach reklamowych. Tutaj jedynie powiem, że wyspa ma wszystko czego może oczekiwać współczesny turysta, a zwłaszcza ten, któremu już się nieco opatrzyły śródziemnomorskie kurorty. Ma cudowny Atlantyk, ma wspaniałe hotele, ma niemałą dla Europejczyka egzotykę. Warto ją zobaczyć zanim zaleją ją fale turystów.

Stanisław Sygnarski

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: