„Ach! Tak niewiele mi brakuje” Podsłuchane jednym uchem… po raz trzeci.

 

„Ach! Tak niewiele mi brakuje!”

 

W pewne letnie popołudnie, zwrócony ku leniwo zachodzącemu słońcu, kołysałem się miarowo na swym ulubionym bujanym fotelu. Z chwili na chwilę moje powieki robiły się coraz cięższe i sam nie wiem kiedy zapadłem w drzemkę. Nagle – zza mleczno białej balustradki oddzielającej mnie od balkonu moich przemiłych sąsiadów – usłyszałem słowa, które natychmiast przywróciły mnie do przytomności. Od razu też rozpoznałem operowy bas mego przemiłego sąsiada – Kordiana. Ale z kim on może rozmawiać – myślę sobie – skoro jeszcze parę godzin temu mówił mi, że jego ukochana małżonka opuściła dom aż na cały tydzień. Słysząc jednak drugi męski głos szybko zrozumiałem, że musi to być jego przyjaciel. Ale zanim zdążyłem pomyśleć coś więcej usłyszałem szuranie krzesła i zaraz potem Kordiana:

Siadaj Karol. Siadaj i słuchaj… Bo nie uwierzysz, że tak mi niewiele brakuje… Tak niewiele…  Gdybym miał tylko trochę, tylko trochę talentu pisarskiego Dana Browna. Ach Karol! Mówię ci! Tylko odrobinę tych jego zdolności do układania zdań… Ach Karol! Napisałbym… Tak od jednego zamachu napisałbym drugi Kod da Vinci. I to jaki Kod! Lepszy kod! Bo nasz – tutejszy – rodzimy Kod da Vinci!

Może powiesz, że się chwalę. Ale powiem ci od razu, że inne cechy pana Browna już jakiś czas temu w sobie odkryłem. Tak Karol. Powiem ci wprost – wszystkie inne cechy tego Browna już posiadam. To znaczy… Wiem, że jak i on posiadam tę nadzwyczajną zdolność zobaczenia czegoś w niczym. Wiem wiem…, że to co mówię brzmi na razie strasznie pokrętnie, ale – jak już ci mówiłem – mam kłopot z układaniem zdań. Ale jakoś ci przecież wytłumaczę w czym rzecz cała leży.

Na początku powiem ci, że te dziwne skłonności, które tak upodobniają mnie do autora Kodu, odkryłem w sobie – można powiedzieć – w sposób zupełnie, zupełnie przypadkowy.

Otóż dnia któregoś, żona moja zarządziła malowanie całego mieszkania. Znasz mnie i wiesz, cóż może znaczyć taka, znienacka spadająca zawierucha, dla natury spokojnej, melancholijnej, pragnącej ładu i kanapowo-telewizyjnej harmonii. No, ale cóż robić! Gdy – jak to się mówi – „pan każe, sługa musi”. Musiałem więc i ja. Ale na to – przemocą mi przecież narzucone  „muszenie”, zareagowałem wprost niebywałą agresją, którą mogłem wyładować – z braku laku – tylko na ścianach. Złapałem za pędzle, szczotki, farby, wiadra i… szast prast… – zanim żona wróciła z plotek od  przyjaciółki – salon miałem gotowy.

Gdy ja ocierałem pot z czoła, ona weszła do salonu i zastygła niczym słup soli. Wreszcie powoli, powolutku, z przerwami zaczęło się z niej wydobywać słówko po słówku: Art… Art… Art modern…

No właśnie, no właśnie – przytakiwałem skwapliwie, bo dotąd sam nie wiedziałem, jak by tu najdelikatniej mówiąc nazwać tę moją – rzuconą w agresji  na ścianę – przypadkową mieszaninę farb.

 

Nazwanie tego mojego artystycznego wysiłku prawdziwie malarskim terminem „art modern” pozwoliło mi zasnąć w błogim przeświadczeniu, że jednak ma się tę rączkę i tę główkę nie od parady. Najgorsze jednak – powiem ci – przyszło rano. Ledwo podniosłem głowę znad poduszki, od razu popędziłem do salonu zobaczyć, jak też to moje „art modern” wygląda w blasku dnia. I gdy tylko wpadłem do salonu – tym razem ja już w progu stanąłem jak wryty. Z tych moich naprędce i w furii przecież malowanych ścian zaczęły się wyłaniać prawdziwe obrazy. Im dłużej wpatrywałem się w ścianę po prawej, tym wyraźniej widziałem… – aż strach to pokazać żonie… – obraz niezwykle, niezwykle powabnej dziewczyny. Była cała w negliżu, a jej drobna, bosa stópka stąpała, stąpała… po rosie perlistej. I ku mnie… i bliżej i coraz to bli…

Nie! Nie! Przetarłem oczy ze zdumienia, myśląc, że jest to mara, senne przywidzenie. Przecież… przecież… – powtarzałem sobie z przejęciem – ja wczoraj… nie… na pewno nie myślałem o żadnej… Nie, nie… ja nawet o żonie wtedy nie myślałem. A jeżeli już trochę o żonie… to na pewno… na pewno nie po rosie…!

Znów przymknąłem oczy i otworzyłem je odwracając się ku przeciwnej ścianie. A tam! O zgrozo! Te moje wczorajsze chaotyczne pociągnięcia pędzlem, te moje niedomalowania, te moje bez składu i ładu rzucane kolory układają mi się… w… o jakże cudownie zwiewne, o jak zmysłowe dziewczątka, a ich powabne rączki wyciągają się ku mnie i bliżej… bliżej… już prawie…

Nie!!! Nie!!! – krzyknąłem – i spanikowany pobiegłem po żonę. Ściągnąłem ją do salonu jeszcze mocno zaspaną… Stanęła w progu, patrzy po ścianach, patrzy po suficie i wzdycha i acha i szepcze podekscytowana: no… – „art modern”, no – „art modern ” – jak nic.

Widzisz te kobiety? – zapytałem ją.

Jakie kobiety? Gdzie? – odparła rozglądając się niepewnie dookoła, a potem podejrzliwie mi się przypatrzyła.

No i od tej chwili zaczęła się moja gehenna. Tam gdzie żona nie widziała niczego, mnie od razu wyłaniały się ukryte treści.

Pijemy sobie raz kawkę przy śniadaniowym stoliku i ja po raz nie wiem który spoglądam na wiszący na ścianie kuchenny obrazeczek. Patrzę na namalowane na nim trzy gąsiory na wino osadzone w starodawnych wiklinowych koszach i zwracam się do żony: Widzisz? Ona – nieco zdziwiona – odwraca się w kierunku obrazka, który jej pokazuję i pyta: Co?

No… no – twarze – odpowiadam.

Jakie twarze? – pyta zdziwiona.

No… na koszykach – tłumaczę – przecież ta wiklina wyraźnie  układa się w twarze. Patrz… Kobieta… Mężczyzna… A na tym mniejszym… Przecież to widać… Ta dziewczyna się nawet uśmiecha…

Odbija ci. Ja tam nic nie widzę – odpowiedziała lekceważąco i machnęła ręką.

Jak to? Przecież to widać jak na dłoni… – próbowałem jeszcze protestować… Ale gdzie tam…

Ej! Ty – malarz! Nie bądź taki artysta – skwitowała moje wzrokowe doznania.

Po takim podsumowaniu zamilkłem i przez „resztę kawy” rzucałem już tylko ukradkowe spojrzenia a to na jedną kobietę na koszu, a to na drugą. Po chwili się już pogodziłem z tą moją innością i nawet stwierdziłem niewinnie, że ta uśmiechająca się do mnie z koszyka dziewczyna z każdym moim zerknięciem wygląda coraz bardziej, ale to coraz bardziej niczego sobie.

Jednak szok wrócił – i to zaledwie godzinę później. I był to szok nie do opanowania. Zaszedłem – już sam nie wiem po co – do naszego składziku na rzeczy nie używane. Zapaliłem w nim światło i to co zobaczyłem powaliło mnie od razu. Otóż – ściany składziku – są całe w glazurze. Wyłożone najtańszymi z tanich płytkami, których jedyną ozdobą na białawym tle są szare maziaje. Uwierz mi Karol, nie sposób w nich dostrzec najmniejszego nawet wzoru, ot maziaje, maziaje i już. Tym razem jednak z tych maziajów zaczęły mi się wyłaniać – podobnie jak i z koszy na wino – najprzeróżniejsze obrazki. A to trębacz trąbiący, a to rycerz walczący, a to ogar goniący, a to orzeł krążący, a to… a to…

Przestraszony – zamknąłem oczy. Otworzyłem je jednak po chwili ciekawy, co też zobaczę na innych płytkach. Ale… niestety. Na wszystkich widziałem to samo. Boże drogi, wariuję! Wariuję! – krzyczałem. I – zataczając się jak pijany – pobiegłem do kościoła szukać pomocy.

Buchnąłem na kolana przed bocznym ołtarzem, a po chwili trochę uspokojony podniosłem oczy do góry… a tam… znad wielkiego obłoku namalowanego pod sufitem zaczęła się wynurzać kobieca dłoń… A zaraz potem… z bladosinej chmury zaczęły wylewać się potoki złocistych włosów… Zaś potem… zaś potem…

Rzuciłem się w popłochu do ucieczki… Lecz… lecz… Nagle przebiegła mi przez głowę myśl. Myśl niesamowicie odkrywcza, która błyskawicznie przywróciła mnie do równowagi – jeżeli tam… jeżeli w kościele ktoś namalował taki obraz… to… to… ktoś musiał na to pozwolić. To… musi być spisek. Tylko kogo z kim… To musi być spisek. Gdybym tak to opisał, gdybym tak to opisał – to byłbym jak drugi Dan! To byłoby jak drugi Kod… Bestseller, bestseller… Szkoda tylko, że na razie mam tylko połowę zdolności Dana.

 

I w tym właśnie momencie usłyszałem sygnał telefonu. Wstając z fotela żałowałem, że nie usłyszę już dalszych słów Kordiana. Idąc do pokoju jakoś tak instynktownie zacząłem wpatrywać się w łagodne morze, dominujące na moim ulubionym obrazie wiszącym nad kanapą. I nagle zastygłem w pół kroku. Bo… znad bielutkiej fali zaczęły wyłaniać się… i włosy… i oczy… i usta… i szyja… i… i…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: