Zahipnotyzowany Caravaggiem.

Za każdym razem gdy wpatruję się przez dłuższy czas w obrazy Caravaggia uświadamiam sobie, że wpadam w głęboki, coraz głębszy stan hipnozy. Dociera do mnie, że ten artystyczny geniusz, który nie żyje już od ponad czterystu lat, jednym pociągnięciem pędzla przenosi mnie bez reszty w swoje czasy. W tak niezwykłe czasy styku szesnastego i siedemnastego wieku. W chwile prawdziwego przełomu, w którym dogorywało stare /szeroko ujmując/ – odrodzenie – i jeszcze nie narodziło się nowe, które dużo, dużo później nazwano barokiem.

Ktoś mógłby powiedzieć: „cóż w tym dziwnego, że dzieło artystyczne przenosi późniejszego odbiorcę w epokę, w której powstało?” Oczywiście – zgodzę się z nim – bo jak się nie zgodzić z truizmem. Rzecz jednak w tym, że z wielu urzekających obrazów, które miałem przyjemność oglądać, to dzieła Caravaggia urzekają mnie najbardziej, przenosząc mnie nie tylko w jego epokę, ale w jego myślenie, czucie, w całe jego – jakże burzliwe – życie. W życie, które – zwłaszcza za młodu – tak bardzo go doświadczało. Wiadomo, że każde dzieło powstaje w jakimś kontekście. Ale dla mnie twórczość tego artysty jest szczególnie naznaczona nim samym i jego dniem codziennym. W niektórych obrazach dostrzegam wprost żywcem przeniesione na płótno jego dole i niedole.

Żeby pokazać moją fascynację nim mógłbym wybrać dowolny jego obraz. Wydaje mi się jednak, że całą osobowość artysty – a właściwie jej stosunkowo szybką, radykalną zmianę – oddają w sposób wręcz niezwykły dwa jego dzieła: „Chory Bachus” i „Bachus”. Chociaż te obrazy powstały w odstępie zaledwie trzech lat od siebie, to pokazują nam zupełnie innego twórcę i człowieka. Znamienne jest także to, że oba obrazy zaliczają się do tak zwanego młodzieńczego okresu twórczości Caravaggia. Profesjonalną analizę tego czasu w życiu artysty zostawmy jego biografom i znawcom tematu. Dla jasności dalszych wywodów  powiedzmy tylko, że dla malarza był to czas ciągłego niedostatku przeplatany tylko niekiedy uśmiechami fortuny  /Raz żyje życiem bezrobotnego wagabundy, raz wpada pod skrzydła protektorów, by za jakiś czas znów wylądować na ulicy, wśród podobnych mu, nie mających grosza artystów; zaś potem dopada go choroba i trafia do szpitala dla ubogich, gdzie nie pierwszy raz w życiu, ale pierwszy raz tak bezpośrednio styka się ze śmiercią/.

I właśnie wtedy, w wieku mniej więcej dwudziestu trzech lat – wychodząc z choroby -maluje pierwszego Bachusa  – „Chorego Bachusa”. I przedstawia nam tego antycznego boga dzikich sił natury, boga życia i wina ze zsiniałymi wargami, podkrążonymi oczyma i bladą cerą. Jeżeli w tym miejscu dopowiemy, że jest to jego autoportret pokazanie nam boga chorego wyda się naturalne.

Tyle, że pomimo tych tak wyraźnych zewnętrznych symptomów choroby, ja choroby w  nim nie widzę. Przeciwnie. Odkryte silne ramię młodego mężczyzny, pewne siebie spojrzenie, odważne zaciekawienie światem – widoczne i z układu sylwetki i z wyrazu twarzy – jest dla mnie demonstracją siły, zdrowia i wiary w przyszłość. Widzę i czuję wiarę samego Caravaggia, który – pokonując chorobę – całym sercem wierzy w przyszłość. Zdaje mi się, że w tym autoportrecie widzę Caravaggia, który na ten jeden, być może jedyny moment w życiu potrafił zapomnieć o ogromie biedy, której zaznał od dzieciństwa. Potrafił zapomnieć o wszystkich niegodziwościach, które musiały go spotkać. I uwierzył, że może być już tylko dobrze. I tę wiarę przelał na płótno. Teraz dalej puszczam wodze fantazji i widzę młodego artystę zdrowego, wierzącego w swój geniusz, w ludzi i w siłę młodości. I zdaje mi się, że słyszę wołanie Caravaggio: „żyję, maluję, jestem ciekaw świata i chcę go podbić”.

Proszę spojrzeć na owoce, które leżą przed nim i na te, które trzyma w dłoni. Nie ma ich tam zbyt wiele – ale za to jakie one są? Ich jędrność, ich świeżość i jednocześnie dojrzałość… Czyż nie wyrażają siły, którą musiał właśnie wtedy – malując siebie – czuć Caravaggio? A ta skąpa ich ilość  – jak na tego boga życia i dostatku – czy nie ma symbolizować skromności jego dorobku i początku drogi, na której stoi? A jak pewnie stoi – to widać z tego obrazu na pierwszy rzut oka. Tak. Dla mnie jest to dzieło mówiące, że wiara w nowe pomaga zapomnieć nawet o najgorszym nieszczęściu. Widzę jak ten Bachus patrzy z ufnością w świat. W świat, który tak bardzo chce podbić. I wierzy, że jest to świat inny niż ten, który znał. Bo przecież to jego oblicze jest tyleż ciekawe, zmysłowe co i niewinne.

                                              

                                                                                            „Chory Bachus” /za Wikipedią/

Upływają trzy kolejne lata w życiu Caravaggia i któregoś dnia młody mistrz kończy swojego drugiego „Bachusa”. Ale jakże inny bóg tym razem spogląda na światło dzienne. Ten bóg – pomimo różu na policzkach tak symbolicznie znamionującego zdrowie – mnie wydaje się chorym. Znacznie, znacznie bardziej chorym niż ten jego pierwszy, bladosiny Bachus. On już nie wyzywa świata, już wcale nie wydaje się go ciekawy. On już dobrze wie co ten świat może mu dać i ile przyjdzie mu za to zapłacić. Przedstawiony w wygodnej pozie, rozluźniony, całą swą postacią  wydaje się wyrażać aprobatę dla roli boga życia, wina i zmysłowej uciechy, którą mu już wieki temu wyznaczono. Pomimo jednak dostatku, który go otacza, pomimo przebijającego z jego oblicza zadowolenia, akceptacji i gotowości na przyjmowanie jeszcze i jeszcze więcej, mnie wydaje się chorym. Jego oczy są smutne i zdradzają wielką wewnętrzną przemianę, którą w międzyczasie artysta musiał przejść.

Jestem przekonany, że ten drugi obraz powstał pod wpływem wewnętrznego przymusu, który nakazywał artyście odcięcie się od pierwszego, tak optymistycznego Bachusa. Myślę, że w ciągu trzech lat pomiędzy namalowaniem tych obrazów, coś musiało zajść w życiu Caravaggia. Coś spowodowało, że zdał sobie sprawę z marności tego świata. I chyba po raz pierwszy tak bezpośrednio wyraził to w swym dziele. Przecież ten bóg jest całkowicie pozbawiony złudzeń. Ten bóg wie, że na tym świecie wszystko ma swoją cenę i swój kres.

Tę filozofię przemijania Caravaggio pokazał w tylu symbolicznych elementach, że staje

się ona na obrazie dominująca i natychmiast rzuca się w oczy. Każdy szczególik tego przesłania specjaliści rozebrali na części pierwsze już dawno. Nie ma więc sensu powtarzanie tutaj rzeczy wiadomych. Chcę jednak wspomnieć o tym, co mnie uderza w tym obrazie szczególnie. Mam tu na myśli pesymizm. Zastanawiam się, co spowodowało, że artysta któremu po fatalnym okresie życia na rzymskiej ulicy, powolutku zarysowuje się na horyzoncie możliwość zdobycia możnego protektora i mecenasa, jest tknięty takim pesymizmem. Co spowodowało, że głowę boga oplata wieniec z pożółkłych, symbolizujących jesień liści? Co spowodowało, że leżący przed bogiem życia kosz owoców, nie tętni świeżością, dojrzałością i życiem?  I uznaję, że żeby malować nadgnite jabłka, liście dotknięte chorobą, trzeba samemu zdawać sobie sprawę z marności rzeczy doczesnych.

„Bachus” /za Wikipedią/

Długo, długo wpatruję się w obraz zastanawiając się, co mogło wywołać u Caravaggia tak  radykalne załamanie wiary pokazanej w „Chorym Bachusie” Może ta filozofia przemijania zaczęła u niego kiełkować już w wieku czterech  lat, gdy przeżył śmierć swojego ojca. A może poprzez te symbolicznie gnijące owoce, artysta chciał wyrazić ciemną stronę swej natury. Może coś spowodowało, że właśnie wtedy, w ciągu tych trzech lat pomiędzy „Bachusami” zdał sobie z niej sprawę. Bo przecież powszechnie wiadomo, że świętoszkiem to on nie był. A może te miejscami nadpsute jabłka miały być dla niego bolesną zadrą, wyrzutem i przypomnieniem na przyszłość. Bo czas malowania „Bachusa” mógł być czasem, w którym sobie uświadomił, że już poddał się namowom, zrezygnował ze swej wolności i zgodził się malować to, przed czym długo się wzbraniał. To – na co było zlecenie i z czego były pieniądze – tematy religijne. A może w tym stanie hipnozy idę zbyt daleko i całkowicie błędnymi ścieżkami?

Niestety, szczegółów z jego życia, które by wprost uzasadniały zwrot jego myślenia w kierunku przemijania i śmierci prawdopodobnie nie poznamy już nigdy. Możemy o nich tylko – na podstawie jego dzieł – spekulować.

I pomyśleć tylko, że gdyby – obdarowany tak wielkim geniuszem – Caravaggio wychowywał się w dostatku i cieple rodzinnym, moglibyśmy nigdy nie powiedzieć o nim jako o wielkim prekursorze baroku. Wiadomo, że nie ma twórcy, który w swoich dziełach nie wyrażałby w jakiejś części siebie i swoich przeżyć. Jednak wydaje mi się, że w przypadku Caravaggia trudy jego dzieciństwa, okresu dorastania i czasów rzymskich, które być może miały swą kumulację w którymś z dni  pomiędzy  dwoma” Bachusami”, wryły się w jego świadomość tak mocno, że określiły już całe jego życie, a poprzez jego obrazy wywarły wpływ na całe późniejsze malarstwo.

Stanisław Sygnarski

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: