Uwaga! Nadchodzi kres ekshibicjonizmu!

                             

          Może jeszcze nie teraz. Może jeszcze nie w tej dekadzie, ale jestem pewien, że nadejdzie. I już dziś wieszczę kres ekshibicjonizmu. Wierzę, że skończy się czas odkrywania wszystkiego, co człowiek może przed drugim człowiekiem świadomie i publicznie odkryć. Odkryć, obnażyć się – najczęściej dla zwrócenia na siebie uwagi, dla  zdobycia lub utrzymania sławy, dla wywołania swym wywnętrzaniem efektu szoku, w głodnej coraz mocniejszych wrażeń opinii publicznej.

          Wiem – i zgadzam się – że purytanizm był skrajnością. Ale to, co się dzisiaj dzieje w przestrzeni społecznej, to odbicie obyczajowego wahadła w drugą – równie krańcową  stronę.

          Chociaż uważam, że odkrywanie najbardziej intymnych ludzkich zakamarków pokonało już wiele moralnych szczytów to twierdzę, że jeszcze nie osiągnęło swego apogeum. Ale ten punkt jest już gdzieś niedaleko przed nami. Myślę, że już niedługo nasza światowa pop kultura osiągnie szczyt, z którego – tak prognozuję i w to wierzę – nastąpi szybki krach dotychczasowych ekshibicjonistycznych trendów. W przestrzeni publicznej nastąpi szybki odwrót od totalnego wywnętrzania i – mam nadzieję –  powrót obyczaju w granice bardziej obyczajne. Pojawi się nowa moda, wedle której znów zaczniemy mówić co wypada, a czego po prostu nie wypada robić. Sądzę, że nienasycone pragnienia – czy może lepiej – dotąd niezaspokojony głód masowego odbiorcy do rozbierania, zaglądania, czy też wręcz sekcyjnego napawania się czy to anatomicznym detalem, czy psychicznym zaułkiem swych idoli, znajdzie dla siebie jakiś inny pokarm. Pokarm choćby tylko trochę godniejszy dla obydwu stron: dla oglądanych i oglądających.

 

          Moja wiara, że tak się stać musi, ma wiele solidnych fundamentów. Ale najważniejszy z nich opiera się na logicznym wniosku, który wysnuwam codziennie, oglądając zawartość ekranów telewizyjnych, komputerowych, czy rzucając okiem na strony kolorowej prasy. Tam widać czarno na białym, że nasi faworyci, nasi „bożyszcza” pokazali już wszystko, odkryli nam prawie całe swoje wnętrza. Wystawili na widok publiczny swe ciała, sypialnie, domy i rodziny. Nie oszczędzili nawet swych ulubieńców – zabrali intymność swym pieskom, kotkom, a nawet – ze szczerym przekonaniem, że musi nas to niesamowicie ciekawić – zdradzili nam tajemnice swojego akwarium: która rybka z którą, kiedy i jak.  Świat gazet i ekranów już dawno rozdarł na strzępy ich najskrytsze tajemnice dotyczące anatomii i fizjologii. Już dawno rozprawił się – i to bez znieczulenia  /często za ich przyzwoleniem/ – z ich wspomnieniami, marzeniami i przemyśleniami. Po jakimś czasie, gdy popyt rósł nieustannie, gdy ich odbiorcom było ciągle wrażeń za mało, świat mediów z właściwą sobie wprawą zabrał się za ich słabości i nałogi.

          Dziś już – jasno to widać – doszliśmy do nowego etapu. Do etapu chorób. Teraz przecież nawet nie wypada nie mieć raka / może dlatego, że jest już tak często wyleczalny, a w panującym jeszcze stereotypie nadal kojarzony z najgorszym. Od razu tu jednak wyraźnie deklaruję, że nie miałem i nie mam najmniejszego zamiaru urażenia żadnej osoby dotkniętej chorobą, ja chcę tylko skrytykować postawę, która wykorzystuje chorobę dla podtrzymania popularności/.

Zatem to co nam jeszcze pozostało do szczytu, do osiągnięcia apogeum, po którym – twierdzę – ten ekshibicjonistyczny styl zacznie się walić?

          Powyżej napisałem, że nasi ulubieńcy odkryli nam do tej pory prawie całe swoje wnętrze. Prawie – bo przy odrobinie wysiłku da się z niego jeszcze coś wywlec. Coś tam jeszcze się znajdzie, co można będzie poeksploatować, czymś nas tam jeszcze można będzie poepatować, a jak się to fachowo sprzeda, to i chwilę poszokować.

          Nie będę się silił na kompletną diagnozę wszystkich dotąd jeszcze dziewiczych obszarów, które nasi celebryci mogliby jeszcze ruszyć, ale myślę, że z przestrzeni chorób psychicznych dałoby się jeszcze trochę poczerpać. Oczywiście wiem, że było już szereg prób sięgania w tę, tak żyzną przecież glebę. Ale na szczęście psychiatria idzie naprzód. Bo cóż może być bardziej szokującego dla nienasyconego odbiorcy, niż dobrze opakowana dzika agresja w szalonym obłędzie. Czy wpatrzeni – poprzez komputerowe lupy – w przeżycia naszej gwiazdy, które żadną miarą nie mieszczą się w ludzkiej wyobraźni, nie będziemy zdolni jeszcze jakiś czas – może dwie dekady, może trzy, a może i dużo więcej – czuć tego lekkiego dreszczyku, który towarzyszy spełnieniu.

          Za to potem – gdy dojdziemy już do szczytu szczytów – wierzę głęboko, że nastąpi przesyt tej rozbieranej kultury. Że samoistnie przyjdzie efekt odrzucenia jej i -mam nadzieję – że szybko znajdziemy coś innego, coś co w pełni zaspokoi tę naszą atawistyczną ciekawość. I może wróci – jako sprawdzony instrument – ta stara poprawność, która przecież niczego nie zakazuje, lecz wyraźnie wskazuje kierunek.

 

          To wszystko jednak jeszcze daleko przed nami. Ale ja nie widzę powodu, żeby o tym nie pisać już teraz, skoro w to wierzę, skoro wierzę, że nas na to stać.

 

                                                                     Stanisław Sygnarski

 

 

                              

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: