Poważnie nie znaczy pesymistycznie

 

         Drodzy czytelnicy.

         W tym felietonie nie znajdziecie wielkiej polityki. Nie będę tu też pisał ani o sporcie, ani o kulturze. Nie poruszę tu żadnego tak zwanego „nośnego” tematu. To będzie kilkadziesiąt zdań na –  jak to się dawniej mówiło –  temat życiowy. Chociaż dotknę tu spraw poważnych i wcale nie wesołych, będzie to mimo wszystko tekst optymistyczny.

         Pomyślałem, że pewnie wielu autorów na moim miejscu starałoby się jakoś uzasadnić potencjalnemu czytelnikowi, co go skłoniło w dzisiejszych – przepojonych kultem życia czasach – do sięgania po takie tematy. Ja tego nie zrobię, bo ten felieton jest właśnie o życiu. A życie to – jak wiadomo – nie tylko narodzenie i życie, ale i…

         Nie tak dawno mój dobry kolega – wyraźnie przejęty – opowiedział mi o ciężkiej, terminalnej już chorobie swojej cioci, która była mu prawie tak bliska jak matka. I opowieść ta, pomimo że smutna i  przejmująca, jak każda opowieść o bliskim i nieuchronnym odejściu człowieka, nie skłoniłaby mnie do napisania tego felietonu. Miała ona jednak w sobie jeden szczególny element, który dał dużo do myślenia mojemu znajomemu – a i dla mnie był mocno poruszający. Co więcej dał mi  pewne – na poły filozoficzne – skojarzenia.

         Gdyby  jeszcze rok temu ktoś zapytał tę Panią /Ciocię/,  jak mogłaby najkrócej opisać swoje siedemdziesięcioletnie życie, opis ten najpewniej zawarłby się w dwu prostych słowach: „ot, zwyczajne.” Bo dla niej może było ono wtedy właśnie takie. Dla tych jednak, którzy znali Jej sytuację, dla wszystkich bliskich, tak zwyczajne to  życie wcale nie było. Wszyscy wiedzieli, że cały dom i rodzina – a w niej zwłaszcza mąż – były na Jej głowie. Człowiek, z którym związała swoje życie był –  najdelikatniej mówiąc – całkowicie nieporadny.

         Wielu czytelników zapewne teraz pomyśli, że sytuację, którą tu próbuję opisać, spotykają  w swoim otoczeniu aż nazbyt często i że takie „zwyczajne życie” nie daje  szczególnego powodu , aby wychodzić z nim do sfery publicznej. No oczywiście -poza drastycznymi wyjątkami. Ja jednak uznałem,  że warto o tym napisać  i mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto po przeczytaniu całości przyzna mi rację.

          Wróćmy jednak do naszej historii.

          Ta Pani nigdy nie skarżyła się na swój los. Co więcej, czasami  wypytywana przez rodzinę o sytuację w domu odpowiadała – jakbyśmy to dziś powiedzieli – że wszystko jest o key, że wszystko jest „spoko”.

I – powiedziała to mojemu znajomemu wyraźnie – wszystko było „spoko” aż do teraz. Do chwili, w której zdała sobie sprawę, że choroba nie  pozostawiła Jej już ani wiele sił, ani wiele czasu.  Ale zostawiła Jej tych sił jeszcze wystarczająco dużo, żeby spróbować podsumować to swoje życie. Bilans ten – z czego zwierzyła się swemu siostrzeńcowi – nie wypadł dla Niej najlepiej. Otóż – jest pewna – że poza wychowaniem syna przegrała wszystko. Że całe Jej małżeństwo było jednym wielkim pasmem udręki.

         I tu znów można by pomyśleć, że cóż jest takiego wyjątkowego w powyższym stwierdzeniu, żeby od razu o nim pisać. A czy to jeden człowiek dochodzi w takim momencie do wniosku, że jego życie to jedno wielkie rozczarowanie? A ile to podobnych sytuacji pokazuje film, książka… Słowem – cóż w tym jest – poza smutną historią?

         A jednak coś jest.   

         Ta Pani – mówiąc o swoim przegranym życiu – nie wypowiedziała ani słowa skargi na kogokolwiek. Nikomu niczego nie zarzucała, niczego nie wyrzucała też sobie i nikogo za nic nie winiła. Co więcej – według relacji, której wysłuchałem – w Jej słowach nie było nawet cienia czegoś podobnego.

         To nie to jednak, że nikogo nie obwiniała było dla nas obu tak poruszające. To pewnie raz na jakiś czas się zdarza. Uderzające było to, że – mój kolega był tego absolutnie pewien – to były racjonalne wnioski życiowe kobiety w pełni świadomej swej wyniszczającej choroby. Przy czym Jej słowa były tak konkretne,  tak przepojone praktycznym życiowym nastawieniem, że wydawało się, jakby wypowiadała je osoba młoda i w pełni sił. Wydawało się, jakby ta choroba w niczym Jej nie ograniczała, jakby nie pozbawiała Jej sensu takiego myślenia, nawet jakby tej choroby w niej zupełnie nie było i jakby dziś, jutro, pojutrze nie musiała się liczyć z najgorszym.

         Mój znajomy – słuchając Jej – był zszokowany. Bo jego Ciocia, bardzo osłabiona, ale całkiem zdrowa na umyśle, wyciągała te wnioski  jakby jeszcze nie tylko miała szansę, ale pewność, że przy ich uwzględnieniu będzie wieść nowe, tym razem dla Niej już lepsze życie. To, że w obliczu choroby ta ” zwyczajna ” kobieta rozlicza przeszłość i na podstawie tego rozliczenia – choćby w marzeniach – myśli o przyszłości, próbuje coś jeszcze planować, było dla nas obu dowodem Jej niezwykłej siły i odwagi. Bo – przyznacie państwo – w chwili, w której się cierpi, w której potrafi się już ocenić jak niewiele ma się przed sobą,  tak myśleć – to dawać dowód siły. Tak myśleć  – to dawać dowód człowieczeństwa i wiary w życie.

         Żyję to myślę o życiu. Ja z taką determinacją życiową, z taką apoteozą życia – poza literaturą – chyba się nie spotkałem.

         Powyżej napisałem, że dla mnie ta historia miała też pewne skojarzenia na poły filozoficzne. Tak. Bo choć raczej jestem pewny, że ta Pani nigdy nie słyszała o Epikurze, to przecież ta – tylko nieznacznie przeze mnie sparafrazowana jego myśl o życiu i śmierci – w całej Jej postawie wyraża się w pełni: dopóki żyję nie ma śmierci, więc… zajmuję się życiem.

         Tak. Tak – wiem, że wielu z moich czytelników powie sobie – nie, to przecież zupełnie niemożliwe, żeby zwyczajna kobieta w takiej chwili była zdolna do takich przemyśleń. Że – owszem – mogła tak podsumować swoje życie, ale już bez żadnych marzeń, bez żadnych planów. Że nadchodzący kres jest tak totalnie obezwładniający dla każdego, że jedyne co człowiekowi przechodzi przez usta to modlitwa. Zaś to, co ja tu wypisuję, to próba tworzenia nowożytnej hagiografii.

         Wiem, że każdy ma prawo do własnego zdania i może znajdzie się ktoś kto uzna, że wszystko co napisałem jest jedną wielką fikcją, że cały ten felieton jest jednym wielkim zmyśleniem.

        

         A jeżeli nawet byłaby to fikcja, to czy postawa tej Pani – taka postawa człowieka w takim życiowym momencie – nie jest warta tego, żeby o tym pisać.                                                                                             Stanisław Sygnarski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: