Parę uwag o Teatrze Żydowskim w próbie obrony tego, co samo broni się o niebo lepiej.

Tak mi się jakoś układało w ostatnim roku, że co jakiś czas natrafiałem to tu tam na skądinąd sympatycznych i mądrych ludzi, którzy dość śmiało zapuszczali się w krytyce tego, co ich zdaniem prawie od zawsze dzieje się w warszawskim Teatrze Żydowskim. Czasem temu oponowałem, czasem machałem ręką, ale gdy te słuchy zaczęły się na siebie zbyt mocno nakładać poczułem, że powinienem wypowiedzieć swoje własne zdanie.

         A czegóż to nie słychać złego o Teatrze Żydowskim w Warszawie? A że to tandetna szurmiejowszczyzna, a że panuje tam nieśmiertelna dynastia Szurmiejów, a że to teatr jednego nazwiska i tak dalej, i tak dalej. A ile to pada zarzutów do linii programowej teatru? A że to w koło Macieju od lat jedno i to samo: te same szmoncesy, te same „zaplatane” tańce, te same piosenki. Że wciąż tylko to jedno utracone sztetl /miasto/.

         Krąży też po mieście niemało zwykłych złośliwości pod tym adresem, jak choćby i taka, że jedyne zmiany, jakie zachodzą w tym teatrze, dotyczą garderoby. Chodzi o niezbędne w tym teatrze pejsy i brody, które zmieniają tam wyjątkowo często, ale to tylko z powodu insektów. Legną się w nich podobno te niedobre stworzenia tak, że nijak nie można ich nosić dłużej niż rok. Podobno po tym czasie powodują tak niemiłosierny świąd, że wręcz uniemożliwiają aktorom wygłaszanie co smutniejszych kwestii.  

         Słowem, nasłuchałem się i trochę też naczytałem, jaka to straszna, niereformowalna staroć tkwi nam przy placu Grzybowskim.

         Szanowny czytelnik po tym nieco sarkastycznym wstępie odgadnie od razu, że moje zdanie na temat Teatru Żydowskiego jest zgoła odmienne.

 

         Otóż zacznijmy od samej góry.

         Szymon Szurmiej. O tym co znaczy dla nas, dla kultury polskiej to nazwisko, pisać nie muszę ani słowa. Bo każdy kto dotrwał w czytaniu tego felietonu aż do tego momentu, wie to lepiej ode mnie. Jednakże ze względu na Jego zasługi proszę o wybaczenie Mu jednej drobniutkiej niedoskonałości. Otóż istotnie, jeżeli ktoś z Państwa był  – jak ja – już któryś raz z rzędu na przedstawieniu w Jego Teatrze, może się czuć z lekka znudzony, gdy słyszy jak pan Dyrektor zapowiadając spektakl – a ma taki piękny zwyczaj – powtarza niekiedy te same dowcipy. Ale uwierzcie mi, nawet mimo tych Jego powtórzeń, warto tam przychodzić. Bo co prawda żarty są te same, ale gra Pana Szymona jest niepowtarzalna. Ten jego, tak właściwy mu, kabaretowy ruch dłoni zastępujący zwyczajowe mrugnięcie okiem,  zjednuje mu od razu widownię,  która błyskawicznie pojmuje w czym rzecz. To jego zawieszanie głosu w kluczowych momentach, intonacja i cała reszta aktorsko-estradowego warsztatu – że nie wspomnę naturalnie żydowskiego akcentu – natychmiast przekonuje do niego widza i pozytywnie nastraja do rozpoczynającego się za chwilę przedstawienia.

 

         Prawda. To prawda, że w tym  teatrze gdzie nie spojrzysz to Szurmiej. Jak nie Szymon – to Jan, jak nie Jan – to Lena, jak nie Lena – to Gołda / Jan – syn, Lena – córka, Gołda Tencer – żona Szymona Szurmieja/, ale na litość boską, czy to ma znaczyć, że nikt inny nie ma szansy tam zaistnieć? Każdy z nas może  pisać, tworzyć, komponować i jeżeli to będzie naprawdę dobre i zgodne z linią  programową Teatru – jestem pewien, że dzieła te będą mogły być wystawiane w Teatrze przy placu Grzybowskim. Jestem przekonany, że żaden dyrektor teatru, Pan Szurmiej również, w dzisiejszych „kasowych czasach” nie odrzuci, ot tak sobie, potencjalnie repertuarowego hitu, jeżeli tylko – pozwolę sobie powtórzyć – będzie on dobry i zgodny z linią programową Teatru.

         Właśnie – linia programowa. To pod jej adresem zarzuty padały najczęściej. Mówiono mi, że non stop idą te same ograne tematy, że króluje folklor bez głębszej treści, że same ludyczne śpiewogry i tak dalej, i tak dalej. A ja chciałbym cichutko zapytać: to jaki ma być repertuar teatru, który ma przywołać kulturę, której już nie ma? To na co mamy chodzić do Teatru Żydowskiego – jednego takiego w Europie i jedynego w  swoim rodzaju. Czy mamy tam oglądać sztuki roztrząsające dzisiejsze dylematy żydowskich osadników ze Strefy Gazy? Czy mamy obejrzeć musical opiewający dramat żydowsko-palestyński, czy też może zagubienie duchowe dorastającego chłopca z Jerozolimy?

         Nie chciałbym nikomu odbierać prawa do innego spojrzenia na Teatr Żydowski, ale proszę o zrozumienie – tego Teatru, akurat Tego Teatru nie można wyrywać z korzeni, w których tkwi jego racja bytu. Nie można wyrwać go z historycznego kontekstu. Dziś, gdy ta tak barwna żydowska kultura nie istnieje nie tylko na naszych terenach, ale i na ziemiach całej Europy, taki Teatr, który próbuje nam ją odtworzyć  to skarb. Skarb nie do przecenienia. I Teatr ten, bezwzględnie i bezwarunkowo, dzień po dniu, spektakl po spektaklu musi przypominać nam, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu oni byli tu razem z nami. Teatr ten nie tylko musi, ale ma święty obowiązek pokazywać nam ich kulturę, to znaczy pokazywać nam jacy oni byli. Jak żyli, co jedli, jak pili, jak pracowali, jak się ubierali, rodzili i umierali. I oferta tego teatru nie może być skierowana do stosunkowo wąskiej grupy „znawców tematu”, ale do jak najszerszego odbiorcy.

         To dlatego i tylko dlatego teatr ten nie może się unowocześnić. Musi trwać jak trwa i dawać nam to, co daje. A daje dużo. Świadczą o tym zawsze wyprzedane bilety i twarze widzów, które w czasie antraktu i po przedstawieniu mówią wszystko. O tym świadczy też kolejka ustawiona po spektaklu do pana Szymona Szurmieja, żeby uścisnąć mu rękę, pogratulować i podziękować za potężny ładunek humoru i wzruszenia. Tak mili państwo – za wzruszenie. Nie byłem ani na jednym przedstawieniu, na którym nie byłoby łez z dwu powodów: ze śmiechu i ze wzruszenia.

         I jeszcze parę zdań co do samych sztuk granych w tym Teatrze . „Skrzypka na dachu” widziałem w kilku reżyseriach i – co zrozumiałe – każdy reżyser w swoim musicalu eksponował nieco inne, bardziej zasadne dla niego akcenty. Tutaj – w Teatrze Żydowskim – to przedstawienie w reżyserii – a jakże – syna Szymona  Szurmieja – Jana, jest pokazane – czego się było można spodziewać – w ujęciu znacznie głębszym, niż kwestia utracenia tylko jednego żydowskiego miasteczka gdzieś w dawnym Imperium Rosyjskim. I , wszyscy sie chyba ze mną zgodzą,  że takie ujęcie tematu w żadnym razie nie może się spotkać z krytyką. Bo wiadomo, co do Sprawy dorzucił wiek dwudziesty.

Nie tyle jednak chcę tu pisać o całym przedstawieniu, co chcę przywołać  jeden do głębi poruszający fragment.

         Otóż proszę sobie wyobrazić scenę, w której  zmuszeni przez władze mieszkańcy Anatewki opuszczają swoje miasteczko. Smutni, niepewni co do swego losu, w szarych paltach, z walizkami w rękach, z wypchanymi dobytkiem tobołkami na plecach idą w kierunku stacji kolejowej. Rozlega się gwizd lokomotywy, powoli cichnie turkot kół pociągu i nagle z parowozu zaczynają buchać  kłęby dymu, w który w milczeniu wchodzą mieszkańcy Anatewki: kobieta za kobietą, dziecko za dzieckiem, mężczyzna za mężczyzną i… I… I ostatni z nich zanurzony w dymie do pasa odwraca się w stronę widowni, nic nie mówi tylko patrzy i patrzy w naszym kierunku. Nie – on nie oskarża swym wzrokiem, on tylko patrzy na nas, czy my widzimy co się im dzieje. A my widzimy.

         Widzi tę scenę ponad dwieście zastygłych w przeżyciu osób.

Oczywiście ktoś może zarzucić, że nie ma w tej scenie nic odkrywczego, że nie prezentuje ona nowego teatralnego ujęcia, że to tani, ograny, sceniczny chwyt. Ale dla mnie i – jestem pewien, że dla wielu widzów – był to moment tak wzruszający, że pamięta się go do dziś. To właśnie ten moment, ta scena pozwalała zrozumieć tę wielką humanistyczną prawdę, że można mieć poczucie winy za czyny przez nas niezawinione.

         I jeszcze tylko słowo o przepięknym przedstawieniu „Bonjour  Monsieur Chagall”. Naprawdę warto na nie iść. Bo oprócz uroczego, nastrojowego spektaklu jest jeszcze Pan Szymon Szurmiej, który znał Chagalla. Który spędził z nim wiele godzin… I o tych wspólnych godzinach barwnie opowiada nam przed spektaklem, przywołując nam tego wielkiego malarza takiego, jakim go znał.

 

         Tak więc najwierniejsi z wiernych drodzy Czytelnicy. Jeżeli wytrwaliście aż dotąd sami widzicie, że nie ma co Teatru Żydowskiego bronić. On sam broni się o niebo lepiej. Wystarczy tylko choć trochę o nim opowiedzieć – co tu starałem się uczynić. Można też, co będzie o wiele bardziej przekonujące, wybrać się tam na któryś ze spektakli, ale… ostrzegam – z biletami krucho.

 

Stanisław Sygnarski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: