POWIEŚĆ „W KLINCZU”

Szanowni Państwo, zapraszam do lektury mojej ksiażki

” W klinczu”.

Poniżej ogólne wprowadzenie w jej treść:

Karol Żarski, wrażliwy, inteligentny mężczyzna ma na pozór

wszelkie powody do zadowolenia: układa mu się i w biznesie,

i w relacjach damsko-męskich. Ma jednak pewne podejrzenia

co do nowego kontrahenta z Ukrainy i żeby go sprawdzić

odświeża dawne kontakty w służbach specjalnych. Nieoczekiwanie

zaczyna się wplątywać  w ciąg wypadków, które

stawiają jego ustabilizowany świat na głowie.  Oprócz

wielu niespodziewanych zdarzeń w jego życiu pojawia się… piękna

Hana.

„W klinczu” to kryminał, romans, książka szpiegowska i trochę

obyczajowa. Ale chociaż połączyłem w niej wszystkie powyższe

gatunki, to starałem się prowadzić czytelnika nieco innymi ścieżkami.

Ścieżkami, w których kryminał nie jest krwawą serią

zabójstw, romans nie jest banałem, watek szpiegowski nie

jest gonitwą agentów, a temat obyczajowy nie przypomina

mydlanej opery.

Poniżej fragment powieści:

Było już dobrze po ósmej, gdy w kieszeń zamka wsunął kartę

magnetyczną. Drzwi jego apartamentu zamknęły się z charakterystycznym

zgrzytem. Zjechał windą na parter. Minął recepcję

i zatrzymał się na moment, przeglądając się przed wyjściem

w wielkich lustrach, które w połączeniu z marmurowymi płytami

stanowiły gustowną dekorację holu. Ich srebrno-szara rombowa

szachownica nadawała wnętrzu wyraz tak modnej teraz, chłodnej

elegancji.

Przyjrzał się sobie dokładnie. Młoda, męska twarz spoglądała

na niego ze zdecydowaniem i – wydawało mu się – że jednocześnie

pogodnie. No, Karol, nie jest źle, stwierdził i przeciągnął dłonią

po krótkim jeżu, upewniając się, że włosy już wyschły. Nagle zbliżył

głowę do lustra, zmarszczył gęste, czarne brwi jak gdyby dostrzegł

coś niepokojącego. Szybko jednak, wzruszając ramionami

rozchmurzył się, w miarę zadowolony ze swej powierzchowności.

Nie uważał się za lalusia i bawidamka, chciał się jednak podobać

i dbał o wygląd. Kiedyś, za szczenięcych czasów przejmował

się tym tak bardzo, że bał się zaczepiać dziewczyny, chociaż niektóre

z nich, jak teraz sobie z lekkim rozmarzeniem przypominał,

wysyłały ku niemu jednoznacznie prowokujące sygnały. Z czasem,

tak jakoś zupełnie prawie niepostrzeżenie przekonał się, że jednak

może się podobać, a diabeł okazał się nie taki straszny, jak go malują.

Przeglądając się w lustrze pomyślał, że nawet teraz, już przecież

po roku, nadal ubiera się tak, jak ona lubiła. Grażyna miała nieporównanie

lepszy gust od niego, zwłaszcza co do kolorów. Prawdę

mówiąc nie musiała go zbyt długo przekonywać do noszenia

ciemnych ciuchów, bo w nich rzeczywiście wyglądał lepiej. Czuł się

współwinny rozpadu ich związku. Zdawał sobie sprawę, że jeszcze

teraz poleciałby za nią na koniec świata, gdyby tylko skinęła palcem.

Ale stał twardo na nogach i wiedział, że są rzeczy nieodwracalne.

Westchnął z żalem i gdy energicznie odwrócił się na pięcie,

dwa skrzydła automatycznych drzwi otworzyły się bezgłośnie, wypuszczając

go na ciepły, chociaż dopiero wczesnomajowy wieczór.

Idąc nie mógł pozbyć się myśli, które co chwila, jak jaskółki przed

deszczem, ślizgały się nad dzisiejszym popołudniem. Co jak co, ale

ksenofobem to on nigdy nie był. Lubił obcych. Lubił w nich to, co

nowe, to wszystko co z sobą nieśli, co było tak różne i co zawsze

wyzwalało w nim taką ciekawość.

Ach! Ci Amerykanie! Każdy ich przyjazd uczył go wiele. Łapał

się na tym, że za każdym razem, ilekroć by się z nimi nie spotykał,

ich podejście do interesów robiło na nim silne wrażenie. Znał ich

dobrze, bo już od kilku lat byli jego faktorami. Wiedział, że pochodzą

z trzech, nie tylko odległych od siebie o tysiące mil, ale i zupełnie

odmiennych kulturowo stanów. Sądził, że różnice w ich zachowaniach

będą na tyle wyraźne, że z czasem dostrzeże je bez

problemu. Nic bardziej mylnego. Byli tak podobni, tak pragmatyczni,

tak pewni swej siły i drzemiących w nich możliwości. Ich

śmiałość, może nawet tupet wyrażało wszystko, nawet sam pewny

siebie i – jak na jego gust – zbyt głośny sposób mówienia. No

i w ogóle… sposób bycia. To właśnie przy nich nabrał absolutnego

przekonania, że slogan powtarzany dziś na każdej szerokości

geograficznej, w najbardziej zapadłej dziurze świata: business is

business musiał powstać właśnie tam – za oceanem, bo tylko tam

mógł żyć pełnią swojego fantastycznego życia.

No cóż, westchnął, jesteśmy Słowianami ze wszystkimi naszymi

przywarami, szczególnie, jeżeli idzie o interesy. Ale my to my – zachodnia

kultura, a cóż powiedzieć o nich. O Arabach. To dopiero

biznesowa egzotyka, chociaż przekonał się nieraz, że liczyć to oni

umieją. Od trzech lat, miesiąc w miesiąc wysyła coraz to większe

partie towaru do Tunezji i od trzech lat co uda im się wyprostować

problem, ten jak wańka-wstańka pojawia się na nowo. Może

ta ostatnia wizyta w Monastyrze coś zmieni, wydawało mu się, że

w końcu do nich dotarło, że czas jest również pieniądzem. Żachnął

się na samo wspomnienie… Było to ich pierwsze spotkanie. Słońce

prażyło niemiłosiernie, koszula zaczynała się lepić po pięciu minutach,

a on stał jak idiota przed terminalem i czekał, bo Ahmed

miał już-już-zaraz po niego podjechać, ale nie podjeżdżał. Dłużej

nie miał ochoty wypatrywać jego mercedesa, już prawie odchodził

w kierunku chłodnego lotniskowego holu, gdy z zakrętu wyłoniła

się biała karoseria „okularnika”. Zatrzymał się w pół kroku, uniósł

rękę w powitalnym geście i po chwili ściskał dłoń swego tunezyjskiego

partnera. Po kilku wzajemnych słownych uprzejmościach,

Ahmed dostrzegając jego zniecierpliwienie, znużenie upałem i narastającą

chęć jak najszybszej ucieczki pod klimatyzowany dach

auta postanowił błysnąć dowcipem: Too hot? It`s not too hot. The

weather is normal, very normal, and of course, very nice, remember

Karol, remember: „mańana, mańana, siesta”.*

Wtedy go ta mańana, mańana i siesta rozśmieszyły, nie wiedział

jeszcze, że oni, południowcy, biorą te słowa aż tak poważnie.

Nie spieszył się zbytnio, ale że odległość do klubu nie była duża,

dość szybko się do niego zbliżał. Rząd samochodów na Nowogrodzkiej

prawie całkowicie tarasował chodnik, utrudniając mijanie się

przechodniów, których na szczęście nie było wielu. Skręcił w K ruczą

i wtedy zobaczył to, co tak lubił – chociaż socrealistycznie monumentalne,

ale prawdziwe centrum miasta: potężne bryły odrestaurowanych

gmachów, kolorowe korowody aut i ludzie – jak mrówki

– śpieszący w sobie tylko wiadomych kierunkach. Zwolnił, żeby nadążyć

za wzrokiem, który wciąż gonił i gonił za nową dziewczyną.

Zachłannie wchłaniał ich zmysłowość, nareszcie uwolnioną z ciężkich

zimowych kokonów. Ich wyzywająca pewność siebie, ich buchająca

uroda zdawały się oszałamiać wszystkich i wszystko wokół.

Zdawało mu się, że cała przestrzeń ulicy pożądliwie nasyca się ich

urokiem.

Otwarte na oścież drzwi barów i niewielkich restauracyjek w kolejnych

przecznicach wyrzucały na zewnątrz zmiksowane melodie,

Gorąco? Wcale nie gorąco. Pogoda jest normalna i oczywiście bardzo

fajna. Karol zapamiętaj, my tu mamy zwyczaj postępować zgodnie z powiedzeniem:

powoli, jutro, odpocznij.

a kolorowe szyldy i duże tafle sklepowych witryn przyciągały każdego,

kto tylko zatrzymał się na moment. Wszystko razem w tym

powoli gasnącym dniu było dla niego prawdziwie wielkomiejskie,

urocze i ekscytujące.

To była jego Warszawa. Z każdym krokiem czuł drzemiącą

w niej siłę i magię. Przez moment poddał się tej feerii barw i ruchu

i wydawało mu się, że jest jakby wyrwany z rzeczywistości i zupełnie

wtopiony w jeden wirujący blask.

Kiedyś wlokąc się z G rażyną nocą Nowym Światem zaczął odkrywać

przed nią swe zafascynowanie miastem, jednak zanim

skończył przerwała mu ze śmiechem: „Karol! Przecież to nie Paryż!”.

Może i nie Paryż, ale co czuł, to czuł.

Reklamy

One Response to POWIEŚĆ „W KLINCZU”

  1. Tekst z ogromnym potencjałem
    Zwiewnie napisane-z polotem.
    – to co tu dużo mówić. Warsztat jakiego można tylko pozazdrościć.
    „A pod lupą każda mrówka wydaje się ogromna, co sprawia że pisze sie o niej jak o słoniu. Jednak trzeba pamiętać, że sytuacja wynika z użycia lupy”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: