Trójpodział władz jest zagrożony

Jednym z największych zagrożeń egzystencji człowieka – odkąd żyje on w strukturze społecznej – jest tyrania. Dlatego też już od wieków najświatlejsze ludzkie umysły głowiły się nad stworzeniem systemu, który zabezpieczałby przed rządami dyktatorów. Był też taki okres naszego rozwoju – nomen omen nazwany później oświeceniem – w którym pojawiła się taka koncepcja. Właśnie wtedy narodziły się zręby nowożytnej liberalnej demokracji parlamentarnej. Ten model organizacji państwa był pomysłem angielskiego filozofa Johna Locke’a, a rozwinął go jeden z najświatlejszych umysłów Europy – Monteskiusz. Monteskiusz w swym dziele „O duchu praw” stwierdził: /za Wikipedią/ że „posiadanie władzy skłania do jej nadużywania i łamania praw obywatelskich. Warunkiem zachowania wolności politycznej obywateli jest podział władz między różne, niezależne, wzajemnie dopełniające, hamujące i kontrolujące się podmioty. Pisał /około 1750r/:
Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela.
Koncepcja Monteskiusza zyskała uznanie jeszcze w XVIII wieku. Została wyrażona w Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, konstytucji Stanów Zjednoczonych, Konstytucji 3 maja i pierwszej konstytucji francuskiej.
Współcześnie z tej koncepcji wyprowadza się następujące wnioski: władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza są wyodrębnione i sprawowane przez osobne organy państwowe. Łączenie kompetencji organów i stanowisk różnych władz jest niedopuszczalne, władze te mają wzajemnie oddziaływać na siebie i się hamować.”

Powołując się na te elementarne przecież elementy wiedzy o społeczeństwie można stwierdzić, że tysiące ludzi protestujących przeciw utracie niezależności sądownictwa to nie zdrajcy, kanalie, czy ubecy. To z całą pewnością świadomi obywatele, którzy zdają sobie sprawę z tego, jakie skutki wywoła – raczej wcześniej niż później – utrata trójpodziału władz.
Właściwie powyższe zdanie mogłoby być już wystarczającą pointą powyższego tekstu. Chciałbym jednak również zauważyć, że w czasie gorącej walki politycznej o niezależne sądownictwo, pojawiające się codziennie informacje o naszym cudzie gospodarczym, pękającym z nadmiaru środków finansowych budżecie i niezwykłej sprawności pana wicepremiera od gospodarki są mocno nietrafione i cokolwiek nie na miejscu. Nie na miejscu – ponieważ jest wiele spraw, zwłaszcza publicznych – których nie da się zakamuflować pełnym brzuchem! A mocno nietrafione – ponieważ nie ma przykładu ani jednej dyktatury, która trwałaby ekonomicznie nawet przez krótki czas na dobrym poziomie /choćby -Wenezuela/.
Ktoś powie: kto tu mówi o dyktaturze? Odpowiedź jest prosta: a cała władza w jednych rękach to co?! Nie dziwi więc więzienny strój senatora Jana Rulewskiego, w którym przyszedł na obrady senatu, dramatycznie protestując w ten sposób przeciw zawłaszczeniu sądownictwa przez partię rządzącą. A przecież Jan Rulewski to jedna z najjaśniejszych postaci w naszej powojennej historii. I jeżeli on decyduje się na taki gest, jeżeli on zakłada więzienny uniform, w którym siedział lata w więzieniu za Polskę, to znaczyć może tylko jedno. Znów nasz kraj znalazł się na niebezpiecznym zakręcie. I to, jak i gdzie nas wyrzuci z tego zakrętu, jest niezwykle istotne. Istotne nie tylko dla nas – ale co jest o wiele ważniejsze – dla przyszłych pokoleń.

Już tyle wieków mówię ci…

Już tyle wieków mówię ci…

Już tyle wieków mówię ci,
że jedna z barw ma kolor krwi,
zaś druga – biel – omamem twym.
Mam świętszą być niż święty Rzym!

Czy widzisz to? Przed tobą drżę…
Na surmy głos, na łopot flag –
znów – tylko ja! Znów trzeba za!
Niechaj mnie wreszcie trafi szlag!

Dzisiaj nie musisz szabel kuć!
U granic twych nie dybie wróg…
W spokoju żyje nawet Bóg!
Dziś trzeba siać, prowadzić pług…

Przyznaj! Stworzyłeś po to mnie,
by mieć alibi dla swych rządz.
Odrzucam więc ułudy twe,
że w imię me – kosy na sztorc!

Tak, tak… Ja znam okowów szczęk,
rozumiem twą obrony chęć.
Lecz nie chcę być jak karta ta,
którą przez wieki gra się i gra.

Bo cóż dla ciebie spokojne dni?
Tyś zawsze rządny walki i krwi!
Więc giń! Bo tylko to w tobie tkwi.
Lecz ja egidą nie będę ci!

Więc już w spokoju zostaw mnie
i wreszcie pojmij barwy dwie.
Chocholi taniec skończył się.
W pokoju żyj! A mnie – adieu!

 

 

 

List z Ameryki… uchylcie drzwi

List z Ameryki… uchylcie drzwi

 

siedzę pod Jackiem

na Jackowie

na tyle silny bym pisać mógł

i skrobię do was u schyłku dni

uchylcie proszę uchylcie drzwi

jak uchylali przed nami drzwi

gdy my przez wieki szliśmy i szli

 

siedzę pod Jackiem

na Jackowie

z zimna grabieją już palce mi

mrozi mnie jednak strach z tamtych dni

gdy ubek kolbą wali w me drzwi

i ból zamykam za mgłą we krwi

bo umrzeć przecież nie dadzą mi

 

siedzę pod Jackiem

na Jackowie

znów atak kaszlu wymęczył mnie

ale na nowo ożywiam się

bo pamięć wraca w te jasne dnie

gdy się pojawił nadziei cień

że spojrzę jeszcze na Boży dzień

 

siedzę pod Jackiem

na Jackowie

wdzieczny że w Stanach dano mi żyć

smutny jak smutny może być pies

zbity bez winy zbity że jest

by żyć uciekłem tak jak ten pies

z kraju co nadal ojczyzną jest

 

zamknięte drzwi nie chronią od zła

zamknięte drzwi zamykają w nas

furtkę dla dobra prawa i tego

co jest w człowieku najpiękniejszego

co nas wyróżnia co wiarę budzi

że należymy do świata ludzi

 

impas w Białym Domu

 

 

Ponad pół roku prezydentury Donalda Trump`a przekonuje nas niestety  – z dnia na dzień coraz bardziej – że nie będzie to prezydentura korzystna ani dla Ameryki, ani dla Świata. Jak mówią o Prezydencie sami Amerykanie – trudno pod tą niby twardą, silną, błyszczącą skorupką doszukać się solidnego, konserwatywnego jądra – w zadufanej w sobie, nieprzewidywalnej, aroganckiej, populistycznej wydmuszce.

W mediach roi się od informacji czego to Trump nie obiecał i czego nie dotrzymał, kogo obraził, gdzie się skompromitował… Mnie natomiast  rzuca się w oczy rzecz następująca. Mianowicie, jakaś  taka dziwna skłonność – być może maniera nabyta w kontaktach biznesowych – polegająca na specyficznym budowaniu relacji z ludźmi. Otóż Trump zaczyna kontakt ze swoimi partnerami od stawiania im wygórowanych żądań, obrażając ich przy tym, zaś potem z reguły uznaje ich racje, wyraża szacunek i rezygnuje z wiekszości swych wymagań.

Obserwowaliśmy przecież, jakie zarzuty stawiał Chinom, jakie gromy rzucał na ten kraj przed spotkaniem z ich prezydentem, by zaraz potem wyrażać się  o  nim z szacunkiem i nie winić już Chińczyków za całe zło, które dotknęło Amerykę. Wdał się w utarczkę z Papieżem, by – po wizycie w Watykanie – prezentować wobec Niego pokorę i szacunek. Tak samo było z Meksykiem i meksykańskim prezydentem i z Hillary Clinton, której groził więzieniem, a potem – zgodnie ze swą manierą – złagodniał.

Inaczej jednak wyglądają relacje prezydenta Trumpa z Putinem. Od samego początku – wprawiając w konsternację swych wyborców i siejąc oburzenie wśród pozostałych Amerykanów – piał on peany na cześć tego człowieka, twierdząc, że go szanuje i uważa za wiarygodnego partnera.

I o ile wszystkie poprzednie grzechy Trumpa tylko osłabiają jego prezydenturę, tak ten ostatni – według mnie – stał się niejako preludium do procesu, który właśnie toczy się na naszych oczach, a który dyskwalifikuje Trumpa jako prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Praktycznie jednocześnie z zarzutami o ingerencję Rosjan w amerykańskie wybory pojawiły się zarzuty o związki otoczenia  amerykańskiego prezydenta z ludźmi Putina. Trump odpiera te zarzuty twierdząc, że jest to nic innego, jak polowanie na czarownice. Jednak fakty mówią same za siebie. Najpierw przyjęcie dymisji szefa kampanii wyborczej Paul’a Manafort’a /mającego kontakty z Janukowiczem/, a później rzecz wielkiej wagi – odwołanie mianowanego przez niego samego doradcy do spraw bezpieczeństwa generała Michael’ Flynn’a  /kontakty z aluminiowym oligarchą Olegiem Dieripaską – przyjacielem Putina/ nie kończą sprawy. Stosowne komisje prowadzą w tej sprawie dochodzenie, a FBI śledztwo. Trump – według doniesień mediów – żąda w tej kwestii lojalności od dyrektora FBI, a gdy ten odmawia – dymisjonuje go.

Podczas spotkania z Ławrowem i Kislakiem / ambasador Rosji w USA/ Trump zupełnie kuriozalnie oświadcza, że zwalniając Dyrektora FBI pozbył się ogromnej presji związanej z prowadzonym przez niego śledztwem.

Zaraz po tej rozmowie TASS /na obecność mediów amerykańskich Trump się nie zgodził, ale nie oponował, gdy Ławrow przyprowadził swojego reportera / publikuje, śmiało możemy powiedzieć, kompromitujące zdjęcia z tego spotkania. Widzimy  na nich trzech roześmianych, wyraźnie zżytych ze sobą panów. Amerykańskie media informują także o tym, iż Trump miał się wówczas podzielić z Rosjanami tajnymi, wywiadowczymi informacjami. I wtedy oburzenie zachowaniem Prezydenta sięga w Stanach zenitu! Bowiem Putin – jakby na deser – nokautuje Trumpa, oświadczając, że może przekazać Amerykanom stenogram z rzeczonego spotkania, który udowodni (!) że amerykański prezydent nie zdradził Rosjanom tajemnic wywiadu.

Takiego ośmieszenia i upokorzenia, jakie Rosjanie zafundowali Trumpowi i Amerykanom dawno nie oglądaliśmy.

Pierwsza podróż zagraniczna Trumpa, na Bliski Wschód i do Europy miała – oczywiście między innymi – zatuszować „problem rosyjski”, co jednak się nie udało, gdyż na dwa dni przed jej końcem opublikowana została kolejna „rewelacja” – zięć Trumpa tuż przed objęciem urzędu przez teścia kontaktował się z Kislakiem!  Jego też FBI niezwłocznie objęła śledztwem /jednak nie jako podejrzanego/.

Jakie z tego wnioski?! Można spekulować, ale jedno jest pewne: prezydent USA nie powinien być zakładnikiem takiej dwuznacznej sytuacji.

Jeżeli jeszcze przed całą ta historią Trump miał podstawy by powiedzieć: „reset” – i nawiązać partnerskie stosunki z Rosją, to – po pojawieniu się zarzutów o konszachty jego ludzi z Rosjanami, w obliczu coraz mocniej potwierdzającej się ingerencji Rosjan w amerykańskie wybory – bezstronność amerykańskiego prezydenta jest mocno niepewna.

Aby uniknąć – słusznych lub nie – posądzeń, jego działania nie będą podyktowane racją stanu,  a własnym bezpieczeństwem. Chociaż zapewne -ze wszech miar udowodniając, że z Rosjanami ani on, ani jego otoczenie nie mają nic wspólnego, nie raz demonstracyjnie pomacha w kierunku Rosji  szabelką.

Nie wróży to nikomu nic dobrego, w tym – z oczywistych powodów – również nam. I niezależnie od tego, czy otoczeniu Trumpa uda się oczyścić ze stawianych im zarzutów, czy nie, prezydent światowego mocarstwa, będąc w sytuacji tak poważnych podejrzeń wobec swojego bliskiego otoczenia powinien rozważyć rezygnację ze swej funkcji. Dla silnej Ameryki – czego przecież tak bardzo chce.

Bo jeśli było jeszcze coś więcej niż te dwa przypadki zdymisjonowanych już urzędników, to trzeba się liczyć z sytuacją, że ta sprawa nigdy nie zostanie zamknięta. Rosjanie na to nie pozwolą. Co rusz to pojawią się w przestrzeni publicznej nowe „dokumenty”, kolejne zeznania i tym samym powaga urzędu prezydenta USA będzie systematycznie podkopywana.

 

Wolność słowa – błogosławieństwo czy zagrożenie demokracji?

Wolnością słowa zachodni świat cieszy się już od dawna. Gdy w ciągu ostatnich dwóch dekad doszły do tego bezgraniczne komunikacyjne możliwości, całe społeczności uznały, że wreszcie złapaliśmy Pana Boga za nogi. Że wreszcie jesteśmy całkowicie wolni.

Ale…  Każdy kij ma dwa końce! Przynosząca nam tyle dobrego gęsta sieć elektronicznych połączeń z roku na rok coraz bardziej odsłania nam swe słabe strony. Te słabe strony wirtualnej rzeczywistości nie dotyczą tylko zwykłego Kowalskiego, który jako posiadacz internetowego konta bankowego zdaje sobie sprawę, że sprytny haker, będący zawsze o krok przed najprzemyślniejszymi zabezpieczeniami i procedurami, w jednej chwili może go pozbawić zgromadzonych tam środków. Dotyczą one całych społeczności i państw, całego demokratycznego ładu. Konsekwentne wykorzystanie wszystkich słabości wirtualnej rzeczywistości może istniejący demokratyczny świat mocno zaburzyć.

Dziś w tej naszej globalnej /nie tylko elektronicznie/ wiosce, granice się zatarły. Każdy kraj może sterować dowolnym krajem na świecie. Choć takie próby wpływu jednego /zazwyczaj silniejszego/ systemu, na losy drugiego czy drugich, były od zawsze, to zdolność kreowania świadomości całych społeczeństw jest dla nas novum. Novum zainicjonowanym przez pretorian Putina. Niektórzy nazywają to zjawisko wojną hybrydową. Jednak jest to po prostu kolejny szczebel w działalności szpiegowskiej, której jednym z celów jest dezinformacja. A jeżeli w świecie, w którym żyjemy można wpływać na myślenie poszczególnego obywatela, to jest to dezinformacja totalna. Jej skutkiem – w dużej mierze – są np.wyniki amerykańskich /wolnych/ wyborów prezydenckich, postawa Anglików w głosowaniu nad wyjściem z UE, czy rosnący eurosceptycyzm.

Nic dziwnego, że Rosjanie wpadli na to, jak łatwo można sterować myśleniem całych społeczeństw. To oni bowiem jako pierwsi wprowadzili na poważną skalę agenturę wpływu, której cele od początku jej istnienia były podobne do celów hakerów mieszających w głowach zwykłym Amerykanom. Wpływ Rosjan na świadomość Amerykanów nie dotyczył i nie dotyczy tylko wyborów. Rosjanie od dawna ingerują w różne istotne obszary myślenia obywateli, nie tylko tego zresztą kraju. A Amerykanie? Oni robią to samo. Różnica jest tylko taka, że są dramatycznie spóźnieni i działają w nierównej Rosjanom skali.

A jaka jest nasza sytuacja? Normalna! To znaczy cały czas jesteśmy metodycznie rozpracowywani na wielu obszarach, w tym oczywiście i na polu świadomości obywatelskiej, mądrości politycznej, pojmowania naszej racji stanu. Skutki tego są widoczne na codzień. W naszych publicznych postawach i  naszych publicznych wyborach. Dodajmy tu jeszcze, że Polska jest  także non stop „wyróżniana” przez Rosję na tle innych postkomunistycznych krajów. Jako kraj o znaczeniu lokalnym, ale o położeniu strategicznym, nasi „opiekunowie” nie wahają się używać i innych, mniej nowoczesnych narzędzi, by rosyjskie powiedzenie „kurica nie ptica, polsza nie zagranica” nie traciło nic a nic na aktualności.

Co prawda po wydarzeniach minionego roku tak Amerykanie, jak i zachodnie społeczeństwa i rządy powinny wreszcie zrozumieć, że my – Polacy – nie wysysamy rusofobii z mlekiem matek. Tylko że – od wieków odczuwając na własnej skórze poczynania naszego wschodniego sąsiada – mamy rzeczywiste prawo się go obawiać.  I może cały zachodni demokratyczny świat w końcu pojmie, że dziś już każdy z nich bezpośrednio graniczy z Rosją.

A jak możemy zmniejszyć wrogi wpływ państw na świadomość i postawy społeczne nie tylko u nas, ale i generalnie na świecie?

Jest jeden sposób. Bardzo niepopularny. Tym sposobem jest ścisła kontrola swobodnych, anonimowych obywatelskich wypowiedzi w internecie. Całkowite wyeliminowanie prawa do tego nie wchodzi oczywiście w rachubę, ale należałoby jak najszybciej zlikwidować jej anonimowość i wprowadzić ostre sankcje za próby jej obejścia. Nie może być tak, by głoszący publicznie nieuzasadnione, negatywne, oszczercze wobec osób i instytucji opinie pozostawali bezkarni. Musimy wprowadzić pod groźbą ostrej sankcji odpowiedzialność za słowo. I takie działanie nie ma nic wspólnego z ograniczeniem wolności. To jest tylko ograniczenie warcholstwa, samowoli i możliwości sterowania opinią publiczną od zewnątrz oraz konfliktowania jej w szczególności.

Przy okazji zniknie tak niszczący społeczeństwo hejt, który przecież w jakiejś części jest efektem pracy szpiegowskich troli. Bo w żadnej mierze nie możemy przyjąć, że nienawiść jest znakiem naszych czasów. To nieograniczone niczym możliwości komunikacyjne, anonimowość i bezkarność uwalniają najgorsze nasze instynkty. Instynkty, które – w imię lepszego świata – człowiek zawsze zwalczał.

Wolności wypowiedzi w przestrzeni publicznej nie wolno nikomu zabrać. Natomiast bezwzględnie należy odebrać możliwość czynienia zła i mieszania ludziom w głowach.

Jeżeli tego nie zrobimy, jeżeli wygra masowy sprzeciw przeciwko ograniczeniu tego prawa naszej wolności, to już niedługo możemy obudzić się w świecie zupełnie nierzeczywistym. Nierzeczywistym, bo rzeczywistość na naszej planecie będzie kreowana przez wielkich, średnich i całkiem małych macherów. A wśród nich wiodącą rolę na pewno odgrywać będą centrale wywiadowcze.

Satyra polityczna miernikiem demokracji

 

I co z tego, że ludzie podśmiewają się z władzy? W naszym dzisiejszym  świecie to nic specjalnie nadzwyczajnego ani dla śmiejących się, ani dla ośmieszanych. Jednak gdy sytem rządzenia staje się jednym wielkim absurdem, a poczynania jego urzędników są nad wyraz nieracjonalne, ten polityczny śmiech może się stać niebezpieczny dla jednych i drugich. Niebezpieczny dla rządzących, bo ośmieszanie może znacznie podkopać ich „boski” autorytet i groźny dla kpiarzy, których mogą dosięgnąć silne ramiona władzy.

Rząd w pełni demokratyczny będzie miał satyrę gdzieś… Ba, nawet będzie czerpał z niej inspiracje do eliminacji głupoty ze swoich poczynań /bo przecież tylko głupcy wierzą, że nie robią głupot/. Władza jeszcze demokratyczna, ale z ciągotami dyktatorskimi będzie udawać, że satyra polityczna śmieszy ją równie, jak obywateli. A po cichu będzie szykować sankcje ograniczające samowolę żartownisiów. Natomiast rząd autorytarny – raczej wcześniej niż później – odpowie na satyrę polityczną represjami.

Zatem można powiedzieć, że stosunek władzy do politycznej satyry jest jednym z wielu probierzy wolności słowa i swobód obywatelskich, czyli –  zaawansowania demokracji. Reakcje rządów wobec ich krytyków mówią nam też o determinacji i możliwościach działania rządzących. Jeżeli władza w pół- czy w pełni autorytarna posunie się do niszczenia satyry oznacza to, że może ona wytoczyć przeciw swym obywatelom znacznie cięższe działa. Jeżeli zaś pozwoli kwitnąć satyrze – tak jak to było u nas w latach osiemdziesiątych – to znaczy, że jest władzą słabą, pozbawioną możliwości skutecznego działania i jej dni są policzone.

Jak zatem wygląda sprawa w rozwiniętych demokracjach? Czy na przykład demokratyczny brytyjski rząd jest rządem słabym, skoro pozwala śmiać się z siebie bezkarnie? Absolutnie tak. Czy zatem jego dni są też policzone, jak to było w zmierzchowym stadium rządów Jaruzelskiego?

Absolutnie nie.

Brak logiki?  W żadnym razie. Demokracja, pełna demokracja – w aspekcie relacji władza-obywatel – musi być – i powinna być władzą słabą. Bo jeśli władza jest silna, to obywatel jest słaby. A słaby obywatel – ograniczony w swych podstawowych prawach, pozbawiony ochrony prawa i państwa z powodu swej odmienności kulturowej, światopoglądowej czy jakiejkolwiek innej – jest tylko w dyktaturze. Bo tylko taki – autorytarny system – by w ogóle istniał, wymaga straszliwego podziału na: my i oni, co przecież jest złem samym w sobie.

Oczywiście władza musi być arcy-silna w kilku kluczowych dla państwa wymiarach, jak choćby obronność, czy bezpieczeństwo wewnętrzne. Ale -wobec obywatela – im władza słabsza, tym obywatele, a zwłaszcza najsłabsi obywatele, są silniejsi. Przecież to pokojowe współistnienie równych sobie, różniących się ludzi, jest najpiękniejszym marzeniem człowieka. Jest credem chrześcijaństwa. Jest istotą i celem filozoficznej myśli człowieka, który pojął, że gdy nie stworzy jakiegoś bezpiecznego systemu wspóistnienia to – jako gatunek – nie przetrwa.

Takie też były zamierzenia twórców zachodniej siedemnastowiecznej liberalnej demokracji parlamentarnej,  którzy czerpali z tragicznych doświadczeń przeszłości i przemyśleń najwybitniejszych ludzkich umysłów.

Jak jednak ta konstrukcja – państwo słabe-obywatel silny – jest wrażliwa na zakłócenia, widać po ostatnich wyborach prezydenckich w jednej z najstarszych liberalnych demokracji – w USA. Tam bowiem wygrał populista głoszący, że Ameryka jest słaba z powodu m.in. nielegalnych meksykańskich emigrantów, co potwierdza tezę, że jak ktoś /jakaś grupa społeczna/ chce być silniejszy, to zawsze musi być ten słabszy, który boleśnie zapłaci za jego siłę.

Czy w takim państwie, czy w takim świecie – chcemy żyć?

Wielu z nas zastanawia się zapewne jak nasi rządzący potraktują program satyryczny Kabaretu Moralnego Niepokoju  – „Ucho prezesa” – który  bezpardonowo parodiuje i wykpiwa jaśnie nam panujących. Popularność programu już jest duża, a jeszcze ciągle rośnie, co niewątpliwie będzie  zachętą dla innych twórców, choć i tak liczba skeczy,  piosenek i wszelkiej maści tekstów ośmieszających rząd jest coraz większa. Czy zatem rząd posunie się do działań przeciwko autorowi programu – Robertowi Górskiemu – czy też satyrze w ogóle, czym potwierdziłby te wszystkie tezy, w których oskarżany jest o dyktatorskie zapędy. Czy nie zrobi nic – i tym samym udowodni – że wolność słowa nie jest u nas zagrożona, a demokracja ma się całkiem dobrze.

Ten stosunek naszej władzy do przerysowanej przecież krytyki będzie swoistym papierkiem lakmusowym. To, jak rząd PiS postąpi wobec zalewającej go ze wszech stron fali kpiny, parodii, satyry i śmiechu, pokaże nam jego prawdziwe intencje.

Bo co jak co, ale stwierdzić, że rząd PiS jest dziś tak słaby jak w latach osiemdziesiątych gabinet Jaruzelskiego, to raczej nie można. Chyba żeby się nagle okazało, że co prawda rząd stroi się w piękne szaty, ale tak naprawdę król jest nagi.

Tak więc czekajmy z nadzieją, że PiS zrozumie swą rolę jako władzy słabej wobec obywatela. A z każdym upływającym miesiącem jego bezczynności w tej kwestii cieszmy się, że mimo ciągle zmieniającego się otoczenia nadal – my obywatele – jesteśmy silni. A nawet z dnia na dzień coraz silniejsi!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ją za inspiracje demokratyrząd demokratyczny może nie będzie zachodził się od śmiechu, ale

 

 

Taki ogólnonarodowy rechot najbardziej był słyszalny od Tatr do Bałtyku w latach osiemdziesiątych. We wcześniejszych powojennych dekadach, najpierw terror, a później sankcje zamykały usta satyrykom, ale… nigdy nie zamykały ich do końca. Za pomocą parodii, aluzji – z czasem coraz mniej wyszukanej – celnie wykpiwano głupotę rządzących. I śmiało możemy powiedzieć, że – totalna z powodu możliwości medialnych – satyra polityczna mocno przyczyniła się do upadku pezetpeerowskich rządów. Bo przecież nic tak nie osłabia władzy jak ośmieszenie jej wśród podwładnych.

 

Już myślałem, że nie doczekam czasów, w których w moim kraju, ludzie znów sięgną po tę dotkliwą dla rządzących broń. I choć wiedziałem – bo to jest normalne – że zawsze i zdrowo będziemy się śmiać z tego czy innego polityka, z tej czy innej decyzji rządzących, to nie spodziewałem się, że tak szybko pojawi się totalna bezpardonowa satyra polityczna. Nie spodziewałem się, że nagle w dwa tysiace szesnastym roku obudzi się w następnym rozkwitnie polityczny żart, ośmieszający najwyższe nasze władze : Prezydenta i rząd.

Bo z czego tu się śmiać? Co tu gremialnie wykpiwać? Śmiać się z całej legalnie wybranej władzy w wolnym środkowoeuropejskim kraju na progu dwudziestego pierwszego wieku?

Przecież to jest dramat, a nie powód do śmiechu. Ale fakt jest faktem. Totalne wykpiwanie „dobrej zmiany” z pojawieniem się „Ucha prezesa” programu Kabaretu Moralnego Niepokoju stało się faktem.

Coś tu nie  jest tak. Ja wiem, że nie wszyscy się śmieją. Że ponad trzydzieści procent z nas na żarty Górskiego przygryza wargi ze złości. Że kolejne dwadzieścia śmieje się półgębkiem, ale reszta… te pozostałe piędziesiąt procent zdrowo rechocze z poczynań naszych „boskich pomazańców”. Skąd to wiem? Ano byłem u fryzjera, jechałem autobusem, byłem u znajomych, znajomi do mnie dzwonią i opowiadają, no i… umiem czytać: „Ucho…”  ma potężną, rosnącą oglądalność.

I jeszcze coś wiem na pewno: razem z wypalaniem się poparcia dla PiS, liczba fanów ucho-podobnych programów będzie rosła.

I jeszcze… wyjaśnijmy to sobie od razu: to nie satyrycy zmówili się na rząd. Nie zapłaciła im także wroga agentura, nie są to też ludzie drugiej kategorii, którzy okopani dotrwali aż do dziś i teraz mszczą się na rządzie za całe zło ktorego nie szczędzi im Pisowska władza. To bezwględnie poczynania obecnego rządu w bez mała każdej dziedzinie życia, to jej bezpodstawne dzielenie ludzi na lepszych i gorszych, prawdziwych patriotów i zaprzańców, to aroganckie i bezustanne wiedzenie lepiej co lepsze dla nas wywołują sprzeciw społeczny i są aż nadto wystarczającą pożywką dla kabaretów. I jeżeli nasi włodarze nie zmienią swej mentalniści i metod działania, kpin i żarów będzie coraz wiecej. I powiedzmy tu jeszcze, że nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje prawa nowo wybranemu rządowi do wdrażania swego programu, do zmieniania kraju. Ale totalna zmiana – w wielu przypadkach na rympał – spotka się z totalną społeczną odpowiedzią, czego eksplozja polityczna satyra, jest jaskrawym znakiem.

 

Satyryczne spojrzenie Roberta Górskiego współtwórcy „Ucha” ośmiesza i demaskuje PiS i jego rząd na skalę od czasów „komuny” niespotykaną. Przerysowując poczynania rządzących uderza niezwykle cennie – popularność programu jest uderzająca. I nie robi tego –  znak czasów – w wysublimowany, finezyjny, sposób. Korzysta z prostych, by nie powiedzieć prymitywnych skojarzeń i point dalekich od wyszukanych. Wali prost w twarz ulicznym językiem i manierami nie wiele odbiegającymi od „Kiepskich”. Nie bawi się w konwenanse, prawne, czy logiczne wywody. Mówi takim językiem by dotrzeć do każdego, by każdy pojął, że nawet jeżeli to kabaret, to ci wszyscy „Kaczyńscy” to prostaki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I chcąc nie chcą oglądając „Ucho” rodzi się skojarzenie, że Górski uderza w PiS, jego rząd, sejm i Prezydenta po dobrej nauczce jaką dostał. Po nauczce jaką zaserwował mu PiS zdobywając tak wielką popularność i wygrywając wybory.

Człowiek kabaretu oprócz wielu, wielu cech musi mieć jedną musi być bystry. I Rafał Górski jest bystry. Może najbystrzejszy że wszystkich na zatłoczonej kabaretowej scenie. I Górski wyłapał, pojął od razu, że wystarczy jak skopiuje, nawet nie musi przerysowywać, wystarczy jak zacznie naśladować, jak powtórzy styl pisowskiej propagandy, jej prymitywny język, jej bezceremonialność, kategoryczność, agresję i kłamliwe bon moty / Polska w ruin/ a będzie miał sukces. Znajdzie fanów, zwiększy popularność i zrobi show.

I zrobił show. O „Uchu” gada się wszędzie i nie wypada się przyznawać, że się go jeszcze nie widziało.

I znów pytam sam siebie: czy musiało do tego dojść?

Ale widocznie u nas już tak jest, że zanim Wałęsa przekskoczy przez płot, ludzie kabaretu, satyrycy, poeci muszą przygotować grunt, żeby miał się z czego odbić i nie spaść na twarde.

A władza… chyba już do niej dotarło – właśnie dzieki Robertowi Górskiemu – że przeholowała. Że poszła za daleko, że styl rządzenia, kultura polityczna którą uprawia jest wierną kopią tych którzy odeszli i mieli już niegdy nie powrócić. I jeżeli jeszcze Górski napisze monolog w stylu „piwnicznego” „Na przykład Majewski” koło czasów dokona pełnego obrotu.

I niech nikt nie liczy, że zamknie satyrykom usta. Nie te czasy. Więcej, na rynku estradowym istniej zdrowa, kapitalistyczna konkurencja. I rywale Górskiego nie bedą zasypiali gruszek w popiele. A bystrych tam nie brakuje.

Co zatem rząd winien zrobić, żeby tę falę rosnącego politycznego żartu zatrzymać. Spin doktorzy tu nie pomogą, nie wystarczy założyć niebieski krawat, uśmiechać się bez powodu i modulować głosik niczym wróżbita Maciej, a ciemny lud to kupi. Władza musi zrobić to czego na pewno nie zrobi – zacząć rządzić inaczej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Satyra polityczna istniała od zawsze, odkąd człowiek uznał, że niezbędne dla jego egzystencji jest panowanie jednych ludzi nad drugimi. I od zawsze rządziła się jedną, podstawową zasadą: im większa tyrania tym ostrzejsza satyra i tym wieksze za nią represje.

I oczywiście odwrotnie.

Im większe swobody obywatelskie, i im bardziej demokratyczne rządy tym satyra słabsza i tym niższe – jeżeli w ogóle – są sankcje wobec niej.

 

 

 

Ta zasada rządząca politycznym żartem w naszej powojennej historii widoczna była jak na dłoni. Od końca wojny, do połowy lat piędziesiątych, do czasów, w których za opowiedzenie wica o władzy można było trafić do ubeckich kazamatów na lata polityczna prześmiewczość była w formie szczątkowej. Za to z każdą dekadą miała się lepiej, by w pełni rozkwitnąć w latach osiemdziesiątych.

Przypomnijmy sobie pełen finezji polityczny żart Piwnicy pod baranami, prostszy, ale nie mniej skuteczny, żart Pietrzaka w jego Egidzie, czy bawiące do dziś kpiny polityczne Tey’a. Nikt nam nie powie ile naszej dzisiejszej wolności zawdzięczamy politycznej piosence i skeczowi, ale przecież wiemy, że nic tak skutecznie nie wypuszcza powietrza z nadętego balonu władzy i pychy jak śmiech. Nic tak skutecznie nie sprowadza na ziemię „boskich pomazańców” jak kpina i szyderstwo. Nic tak jak dobra satyra nie obnaża rządzących i nie sprowadza ich na poziom „prostaczków” i nie mówi im: „patrzcie oni są głupsi od nas!”

Gdy przyszły lata dziewiędziesiąte, śmiech, ta tak straszna broń w czasach dyktatu stępiała. Śmialiśmy się z Kryszaka parodiujacego Wałęsę, bawił na Daniec w góralski stroju wymachując ciupagą chciał robić porządek w Warszawie. Podobały nam się najrozmaitsze kabarety, które brały sobie za cel jaśnie nam panującą włądzę, ale to już nie było to. Władza się zmieniała. Raz była nasza raz ich, a potem znowu nasza. Raz była mądrzejsza raz głupsza, ale nie uciskała, nie deprwowała, i nie była zaprzeczeniem sensu życia.

.

 

Zjedzą nas konie i renciści

„Zjedzą nas konie i renciści”

 

Historia – jak wiadomo – zatacza koła.

Nie tak dawno przecież – raptem w latach sześćdziesiątych – pierwszy sekretarz rządzącej wtedy partii Władysław Gomułka, szukając winnych  ówczesnych problemów gospodarczych zwykł był mawiać: „konie i renciści  nas zjedzą”. Dziś – po pięćdziesięciu latach – już tylko patrzeć, jak nasi dzisiejsi włodarze przypomną sobie prorocze słowa swego poprzednika.

Tak, tak! Wiem, że były pierwszy sekretarz partii w żadnej mierze nie może być poprzednikiem łaskawie nam dziś panujących! Ale przecież władza po władzy jest władzą. I chcąc niechcąc – kontynuatorką, by nie powiedzieć spadkobiercą – poprzedników. Wiem także doskonale, że obecnie nam panujący do perfekcji opanowali obsługę nożyczek, odcinając się od wszystkich i wszystkiego, co było kiedyś. Ale – jak dowodzi nie tylko  przypadek pana Piotrowicza – idealnie odciąć od raka się nie da. Zawsze jakieś chore komórki zostają i krążą po zdrowym organizmie. I powiedzmy to sobie wprost! Wprost i ze zgrozą! Infekują!!! Infekują zdrowe ciało, które po czasie może zszarzeć, zczernieć i… Co z niego zostanie? Nowy twór, a – stary twór! A tak miało być pięknie.

Ale – mówiąc wprost, to – nie do końca odcięcie –  jest nie tylko problemem litościwie nam dziś panujących. Nie jest – i nigdy nie było – ich tylko zmorą. Ile to historia zna czystek politycznych, wycinań w pień, odcinań się od wrogiego elementu, zmagań słusznej prawdy z prawdą mniej słuszną. Mnóstwo. Każdy wiek miał swoich bohaterów szarżujących niczym byki na muletę na tym nigdy nie zanikającym polu walki o „ja”. I chociaż  ci bojownicy z czasem stawali się coraz bardziej wojowniczy, to przecież w końcu przegrywali. Ginęli w niesławie w czeluści dziejów.  A przecież mieli tak piękne ideały, tak szczytne cele?  I cóż za niesprawiedliwość ich dotknęła, gdy ustępować musieli przed hordami dzikich Hunów?

Nasi rządzący – znając chyba historię – doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak mogą skończyć się zabawy z użyciem ostrego narzędzia zwanego nożyczkami. Nie jeden z nich musi więć mieć dylemat: wycinać, czy nie wycinać? Nie ciąć – źle. Ciąć? Tak! Ciąć! Ale przecież nie wszystko da się wyciąć. Co zatem robić? Wyciąć, co się da. A tych co się uchowają, jak drzewka – zaszczepić – tzn. przekupić.

Czyli – obficie czerpać z doświadczeń poprzedników, którzy

zabierali fabryki, ziemię i domy, by rozdać swoim. A rządzili prawie pół wieku! Więc my też możemy. Tym bardziej, że – jak powiedział sam wicepremier – obecna władza chce porządzić tylko trzy kadencje – do końca więc powinno być jeszcze co rozdawać. I póki co, nasza władza rozdaje, a ludziska biorą. Na razie – rząd rozdaje tylko pieniądze. Ale nie należy wykluczyć, że będzie rozdawać i dobra bardziej konkretne. Tym bardziej, że ma co i komu zabrać. Jednak wcześniej czy później – jak uczy historia – przyjdą kłopoty. Ot choćby jak i na Kubie, czas się u nas zatrzyma na parę dekad.

I wtedy – a może znacznie wcześniej – na gwałt zacznie się szukanie chłopców do bicia – za te zastoje, za te niepowodzenia gospodarcze, za to, że znów nie wyszło. I kto zostanie tym przysłowiowym już „gomułkowskim koniem”? Ano wiadomo, że – jak u towarzysza Wiesława – najsłabsi. Emeryci i renciści! Bo jest ich coraz więcej! A jedzą – jakby nigdy jedzenia nie widzieli!

Medycyna i nasza rozwinięta służba zdrowia trzymają tak długo przy życiu coraz większą rzeszę nieproduktywnych – za to coraz bardziej rozpasanych – staruszków. Bo to one – plus program „Jeden z dziesięciu”, „Jaka to melodia”, no i oczywiście telewizja Trwam – powodują, że nasi staruszkowie tak twardo trzymają się życia, zamiast  iść na współpracę z rządem.