Moja „podróż do wód” – czeskie Karlowe Wary

CZECHY. Odwieczny nasz sąsiad. Tyle nas łączyło w przeszłości i nadal tyle nas łączy. Wywodzimy się w końcu z jednego słowiańskiego pnia. Ale czy my – Polacy – znamy Czechy i Czechów? Czy znamy ich mentalność,  historię i kulturę? Myślę, że w stosunkowo małym stopniu. Owszem, możemy powiedzieć: „Kto z nas nie był w Pradze? Kto – jadąc na narty w austriackie Alpy – nie zatrzymywał się w którymś z hoteli w Znojmie?” Ale Czechy to nie tylko ich – prześliczna zresztą – stolica, czy malownicze, usiane winnicami i zabytkami Morawy. Czechy to również wiele, wiele innych wartych poznania miejsc. Czechy to również jedno z piękniejszych miast w Europie – Karlowe Wary.

Karlowe Wary – dawny niemiecki Karlsbad – karlowarski region – chciałem odwiedzić już dawno. Nie chodziło mi bynajmniej o jego walory zdrowotne. Na szczęście nie potrzebuję jeszcze pić żadnych leczniczych wód, nie potrzebuję też – przynajmniej na razie – korzystać z jego sanatoryjnych prozdrowotnych dobrodziejstw. Ale skoro w Karlowych Warach – lub może dokładniej w regionie Karlowarskim – gościły kiedyś takie osobistości jak: car Rosji Piotr Wielki, nasz król August Mocny, Bismarck, Goethe, Ataturk, Schiller, Marks, Bach, Beethoven, Brahms, Dworzak, Liszt, Paganini, Smetana, Mozart, Chopin, Gogol, czy Casanova, to dlaczego nie miałbym tam zawitać i ja.

Pewnego wczesnojesiennego dnia wyruszyłem więc autem w czeskie strony. Zawitałem tam od strony niemieckiego Drezna – stolicy Łużyc. Dość szybko minąłem Chemnitz i zacząłem wznosić się w Rudawy – pasmo górskie we wschodniej Bawarii, ciągnące się wzdłuż granicy czesko-niemieckiej. Tuż przed nią – kurort górski Oberweisenthal – po niemiecku porządny, bogaty, nasycony hotelami, pensjonatami i wyciągami narciarskimi. Mijam dawną granicę i wjeżdżam do pierwszego czeskiego miasteczka o symbolicznej nazwie Boży Dar. Boży Dar – przynajmniej w górnej jego części – nie wygląda jednak tak, jak dar Boży powinien wyglądać. Zabite dechami okna przydrożnych okazałych kamienic, ich odrapane elewacje mogą być jedynie wspomnieniem dawnej świetności. I tylko przychodzi mieć nadzieję, że to co Bóg dał, człowiek porzucił tylko na chwilę. Że może już niedługo to miejsce znów – jak dawniej – zatętni życiem.

Same Karlowe Wary powitały mnie ulicznym korkiem. Wjazd do uzdrowiskowego centrum w godzinach popołudniowych musiałem okupić co najmniej godzinnym staniem w automobilowej ciżbie. W miarę posuwania się do przodu, z każdym pokonanym metrem, coraz lepiej rozumiałem skąd w tym niewielkim mieście taki komunikacyjny problem. Otóż uzdrowiskowa, najstarsza część miasta jest dosłownie wbita pomiędzy niewysokie, acz stromawe góry. Zabudowana do granic możliwości wąska kotlina i – dodatkowo – płynąca jej środkiem rzeka Tepla, praktycznie uniemożliwiają jakiekolwiek infrastrukturalne rozwiązanie komunikacyjnego problemu.

Gdy turysta jednak znajdzie się już w centrum, w środku zaiste niezwykłego, bajkowego, architektonicznego cudu, zapomina o wszystkich niedogodnościach. Jak zatrzyma się na jednym z mostków nad Teplą, pierwszym i jedynym doznaniem jakie czuje, jest – oszołomienie! Oszołomienie niezwykłym nasyceniem form, zdobień i barw. Wydaje się, że  wszystko wokół piętrzy się nad nim: willa nad willą, kamienica nad kamienicą, pałac nad pałacem. A wszystko tak kolorowe, tak efektowne, tak utkane urokliwym secesyjnym detalem, że nie sposób oderwać oczu. I to nie na telewizyjnym ekranie, ale tuż obok – na wyciągnięcie ręki. Jawi się wtedy,  że człowiek znalazł się nagle w dalekiej przeszłości, w środku  bizantyjskiego bogactwa. A myślą, jaka się nasuwa jest przekonanie, że do tej wąskiej kotlinki otoczonej Slavkovskim lasem przeniesiono wiele  architektonicznych cudów Paryża, Rzymu czy Barcelony.

Wiele przewodników turystycznych i reklamowych folderów mocno reklamuje to miejsce, ale żaden z nich nie oddaje w pełni rzeczywistości. Bo jak można ze zdjęcia, czy opisu odczuć klimat, nastrój chwili i miejsca, gdy  siada się na marmurowej, zatopionej w zieleni, omszałej ze starości ławce, na której  – z dużą dozą prawdopodobieństwa – mógł kiedyś odpoczywać Chopin w drodze na górujące nad miastem wzgórze widokowe. Miał wtedy 26 lat, był już kilka lat na obczyźnie, a Jego Polska była tak blisko… Co wtedy czuł, o czym myślał, patrząc na rozpościerającą się przed nim panoramę Karlowych Warów?

Z oczywistych względów nie sposób opisać wszystkiego, czym Karlowe Wary mogą się pochwalić. Jest jednak pewne miejsce, o którym chciałbym wspomnieć. To jakby żywcem przeniesiona z Moskwy czy Petersburga – pełna przepychu, wiernych i modlitwy – prawosławna rosyjska cerkiew. Jej złocone kopuły współgrają z intensywnie niebieskim kolorem reszty zadaszenia, a niezwykłej urody kremowy fronton robi niesamowite wrażenie, spotęgowane dodatkowo umieszczonym centralnie nad neogotyckim portalem obrazem Chrystusa z biblią w dłoni. Wnętrze cerkwi z drewnianym ikonostasem i wpadającym w oczy bogatym zdobieniem sklepienia ma jeszcze dodatkowy atut – ta cerkiew żyje. Bo ta cerkiew to nie tylko jej święte obrazy, sprzęty liturgiczne i niezwykłej urody bryła budynku. To także morze ofiarnych świec, pop odprawiający modły i naprawdę liczni wierni prawosławni.

Bo Karlowe Wary to – Rosjanie. Na ulicach, w hotelach czy sklepach króluje język rosyjski. Bez Rosjan to miasto, jak i cały region karlowarski nie miałyby szans tak funkcjonować. Na dziesięciu przyjezdnych – sześciu to Rosjanie, trzech Niemcy, a na tego jednego przyjezdnego składa się cała reszta świata.

Region karlowarski to głównie uzdrowiska. Wśród nich na wielką uwagę  zasługują również Mariańskie Łaźnie. Tam już góry nie blokują przestrzeni, a przepiękny park, kryjący żeliwną kolumnadę osłaniającą ujęcia leczniczych wód, usytuowany jest w samym sercu miejscowości. Może Mariańskie Łaźnie – ze względu na brak ograniczenia przestrzennego – są nawet ładniejsze – ale to kwestia gustu. Bo i to, i to miejsce warto odwiedzić.

Będąc w tamtych stronach nie sposób nie odwiedzić miasteczka Loket /po polsku łokieć/ – miasteczka w pobliżu Karlowych Warów, które szczyci się swym średniowiecznym zamkiem. Jego surowe wnętrza wiernie oddają ducha minionych czasów, a mieszczące się w podziemiach muzeum tortur uświadamia nam drastyczną cechę ludzkiej natury. Realistycznie pokazane praktyki tortur wywierają wstrząsające wrażenie na zwiedzających. Patrząc na kolejne ekspozycje katowskich poczynań zaczyna do nas docierać, co człowiek człowiekowi może uczynić oraz – że ta nasza „zdolność” – wcale nie musi należeć do przeszłości.

Nieco dalej na południe  od centrum regionu leży zabytkowy Cheb – miasto, w którym kompleks złączonych ze sobą wczesnośredniowiecznych kamieniczek wpisany jest na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Jest tu też potężna wieża z czarnego kamienia, ruiny po tysiącletnim zamku i odrestaurowana w surowym kamieniu romańsko-gotycka kaplica zamkowa z około 1100 roku. A w niej mała nisza – pokoik skrywający warsztat pracy średniowiecznego alchemika. Ilość zebranych tam eksponatów nie robi jakiegoś specjalnego wrażenia, ale wystarczająco podpowiada wyobraźni jak biegli w tajemnej sztuce szukali receptury na wytworzenie złotego kruszcu.

Na koniec mojej wędrówki po zachodnim regionie Czech wracam raz jeszcze do Karlowych Warów. Do dzisiejszych Karlowych Warów. Do tych tłumów rosyjskich turystów i kuracjuszy, dzięki którym kwitnie i miasto, i region. Czesi rozumieją od kogo zależy ich byt i wyraźnie preferują gości ze wschodu. W języku rosyjskim są karty menu w restauracjach, kantory  wymieniają ruble, recepcjonistki, kelnerzy, czy ekspedientki mówią po rosyjsku, a w sklepach z pamiątkami, królują produkty zdobione specjalnie pod – przecież dość specyficzny – wschodni gust. I tak kwitnie ta turystyczna wymiana. Rosjanie przyjeżdżając tam – wcale z tego co mogę sądzić nie najbogasi – mogą cieszyć się urlopem w zachodnim kurorcie, a Czesi liczą zarobione korony. Aby jednak ten turystyczny biznes mógł się kręcić, musi obracać się w odpowiednim – sprzyjającym mu – klimacie. Nie musi to być nic specjalnego. Zazwyczaj wystarcza tylko zwykły spokój i biznes już sam się kręci.

I Waclav Klaus – były czeski prezydent, który kilkakrotnie w swoich wystąpieniach publicznych, przyjaźnie wypowiadał się pod rosyjskim adresem  /co nad Wisłą budziło irytację/ – dobrze wiedział co robi. W jego słowach  – nie w działaniach przecież – był ten tak znany nam czeski pragmatyzm, którym jedni z nas gardzą, a drudzy go im zazdroszczą. Nam to trudno zrozumieć. My do Rosji mówimy inaczej, co rusz to mając problem jak nie z jabłkami – to z mięsem, jak nie z mięsem – to z zakazem wjazdu tirów do Rosji. Nie wspominając już o handlu przygranicznym z „obwodem kaliningradzkim”. Ale cóż tam „jakiś” handel wobec naszych pryncypiów, wobec naszej racji stanu. Nasi politycy mogą tak myśleć i działać, bo – jak mówił „klasyk” – rząd się wyżywi. Gorzej będzie jednak z nami, ze zwykłymi zjadaczami chleba. Świat nie jest bowiem czarno-biały. W jednym aspekcie konkurujemy ze sobą, w innym luźno współpracujemy, a w jeszcze innym mocno się wspieramy i jesteśmy wobec siebie lojalnymi sojusznikami. I tak to po prostu już jest i niech tak będzie na zawsze, bo podział na totalnych sojuszników i totalnych wrogów, kończy się totalnym konfliktem, a ten – totalnym cierpieniem i totalnym zniszczeniem.

 

 

 

 

 

 

Dysputa kury na temat kultury

Dysputa kury na temat kultury

 

Nie uwierzysz kuro ma, że

Ja byłam wczoraj w teatrze

Miłość była, że… no wiesz –

On ją kochał – lecz ona

Pokochała barona

 

Kuro! Kończ! Już nie mów dłużej!

Ja wiem swoje o kulturze

Kultura z tym jej … No wiesz –

„ę”, „ą” i o grosz proszę –

To coś, czego nie znoszę

 

Gdyby owszem ona była…

Coś nowego mi wnosiła…

Gdyby dała mi… No wiesz –

Coś takiego, żebym ja

Przeżywała ją do dna

 

Gdyby we mnie coś zmieniła –

To pewnie bym ją lubiła

Ale z tym jej – no wiesz…

Zakłamanym górnym „ce”,

Dla mnie jest okropnym „be”

 

Gdyby jeszcze ona była

Czymś, czym ja bym się szczyciła

Ale ona jest – no wiesz…

Jakby w krzywym lustrze gest

Niby płacz, a śmieszy fest

 

Niby mówi – a nie gada,

Niby milczy a powiada,

Że my kury są – no wiesz…

Że my takie głupie są

Że nie wiemy co to „ą”

 

Co to „ę” jest i doznanie

I przeżycie i poznanie

Że jesteśmy, kuro wiesz

Tym, czym zeszłoroczny śnieg

Albo w aucie luźny bieg

 

Więc ci radzę moja kuro

Nie miej nigdy nic z kulturą

Ani z tymi co – no wiesz…

Zrobią minę, rzekną coś

I mniemają że są „ktoś”

 

Nic nam po niej. Przyznaj to mi

Że to co trzeba mamy w tivi

A nie każdy ma – no wiesz…

Coś takiego w sobie, że

Chce kultury – chce i chce

 

Przecież my mamy jaja nieść

No i jeść, gdy chce się jeść

A poza tym też – no wiesz…

Musimy spać, czasem się spleść,

Gdaknąć coś i znów się nieść

 

Na to rzecze kura druga

Ależ błądzisz moja droga

Nam nie wolno jest –  no wiesz…

Gdakać tylko i się nieść

A kulturę to mieć gdzieś

 

Nam potrzeba sięgać wyżej

Widzieć dalej i czuć szerzej

Bo wie każdy to – no wiesz…

Że kultura czyni z nas

Kury coraz lepszych ras

 

Dobrze kuro – tobie powiem

Ja kulturę nawet lubię

Ale słuchaj gdy – no wiesz…

Gdy już wyjść chcę nawet gdzieś

Coś mi mówi: gdzie chcesz leźć!

 

Czy nie lepiej tu ci będzie?

Dzień jak codzień przespać w grzędzie?

Chodzi o to, że  – no wiesz…

Po cichu to wyznam ci,

Że leń straszny we mnie tkwi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Panna pszeniczna” w Kamyku

panna2 Z daleka słysząc tubalny głos Michała Śniadowskiego – instruktora muzycznego w Miejskim Ośrodku Kultury „Kamyk” w Pruszkowie – zbiegam kilka schodków w dół i wchodzę do niewielkiego, skromnego, skąpo oświetlonego pomieszczenia. Wewnątrz atmosfera niczym w prawdziwie bohemicznej pakamerze – lampka rozjaśnia tak naprawdę tylko klawiaturę wysłużonego pianina, za którym siedzi Michał /Pasjonat muzyki, który non stop gdzieś gra i non stop uczestniczy w najróżniejszych muzycznych projektach. To właśnie on był współinicjatorem biegu zdarzeń, który doprowadził do tak zwanych mszy bitowych. Rokowy zespół muzyczny Trapiści, którego był współtwórcą był ewenementem, przełomem w naszej kulturze sakralnej lat siedemdziesiątych. A zespół wokalny seniorów Wrzos, który Michał prowadzi – na trwałe wpisał się w pruszkowską kulturę. Praktycznie nie ma miejskiej, czy powiatowej imprezy, w której Panie nie miałyby swego wielkiego udziału/.

Domyślam się, że trafiłem na próbę. Za chwilę mam przyjemność poznać członkinie zespołu wokalnego „Wrzos”. Czując się trochę niezręcznie próbuję się zaraz pożegnać – nie chcę przeszkadzać w zajęciach. Ale jedna z Pań kompletnie mnie zaskakuje: ”A może – zwraca się do mnie – zaśpiewamy coś panu? Co by pan chciał usłyszeć?” Nie wiem co odpowiedzieć – bo i chciałbym, i nie wypada mi fatygować i Zespołu, i Michała. „Może być panna pszeniczna? Lubi pan?”

Druga Pani – z uśmiechem na ustach – nie daje mi już wyboru. Wstaje, opiera się dłonią o pianino… Rozlegają się pierwsze takty melodii i słowa: „Panno pszeniczna zielonooka, nachyl się nad moim życiem… … Pozwól się sobą zachwycić… Okryj mnie płaszczem nadziei…” Po chwili dołączają głosy reszty zespołu.

Z jednej pieśni robi się mini-koncert. Z największą przyjemnością, z przyjemnością, którą może dać tylko uczestniczenie w spontanicznej potrzebie wyrażenia siebie, z radością, którą tylko dać może widok urzeczywistnianych ad hoc życiowych muzycznych pasji, wysłuchuję kilkudziesięciu piosenek Warsa.

Słucham i myślę o artystycznych skłonnościach będących od wieków nieodłączną częścią naszej natury… O ich niezwykłej sile… O tym, że na trudnej przestrzeni naszych ludzkich dziejów, oprócz elementarnych umiejętności zapewniających przetrwanie, zdołaliśmy wykształcić w sobie zdolności artystyczne. Że mamy potrzebę tworzenia sztuki i żądni jesteśmy jej odbioru.

Fenomen. Sprawa zupełnie niezwykła w świecie dawnym i równie niezwykła dziś. Bo oprócz tych wszystkich artystów, którzy ze swych zdolności uczynili zawód i zródło dochodu, to pozostaje jeszcze olbrzymia rzesza bezimiennych artystów, którzy  każdego dnia inwestują swój czas, środki i energię, z niezwykłej wewnętrznej potrzeby wyrażenia własnej, bardziej uczuciowej wizji świata. Bo sztuka to uczucia. Bo artyzm, kultura najpełniej może zmieniać nasz świat, uwrażliwiać go, czynić go mniej prozaicznym i bardziej niezwykłym.

Ktoś może powiedzieć, że skłonność artystyczna, to nic innego jak hobby.  Jednak  nie trzeba specjalnie udowadniać, że inną rzeczą jest wędkarstwo, zbieranie znaczków, czy grzybów, a inną mozolna praca nad głosem, nad tekstem czy  ruchem, by potem w tej krótkiej chwili występu poprzez indywidualną interpretację wpłynąć na czyjeś uczucia, intencje czy inspiracje.

Widząc oczywistą różnicę artystycznego poziomu pomiędzy twórczością profesjonalną a amatorską, miejmy też świadomość, że co do samej zasady pokazania siebie przez sztukę, różnicy nie ma żadnej. Emocje, które przeżywają najwięksi artyści są identyczne z emocjami amatorów. Różna jest tylko ich skala  i wpływ na odbiorców ich sztuki. I nie można wyrokować, kto z nich góruje w tym względzie.

Dla wielu zapewne ten fakt jest oczywistością. Ale nie dla wszystkich – i dlatego warto go przypominać. Warto też przypominać mądry slogan Krzysztofa Jasińskiego: „kochajcie artystów”. Choć jak to ludzie – są różni – to efektem ich  zawodu czy pasji, jest coś o wiele większego niż tylko samozadowolenie i pieniądze.

 

 

 

 

Bohaterowie Powstania

Dziś – w sierpniu 2016 – z okazji siedemdziesiątej drugiej już rocznicy Powstania oddajmy hołd i spójrzmy raz jeszcze na Jego Bohaterów.

Zdjęcia, obrazy, filmy, piosenki utrwaliły w naszej świadomości obraz dziarskich mężczyzn z visami, uśmiechniętych sanitariuszek, młodziutkich chłopców rzucających w czołgi butelkami z benzyną. Smutna prawda tych dni jest jednak taka, że już od pierwszych chwil niezwykły zapał, patriotyzm, wola walki spotkały się z – beznadzieją, bezsensem, przerażeniem, strachem, cierpieniem, tułaczką i – śmiercią…

Zanim jeszcze hałdzie ziemi usypanej w okolicy ulicy Bartyckiej nadano nazwę Kopca Powstania Warszawskiego wielokrotnie słuchałem opowieści powstańca warszawskiego Mokotowa, szeregowca o pseudonimie „Kobuz”. Spoglądałem na tę hałdę od strony ulicy Bluszczańskiej, dowiadując się o tym, jak ci, którzy przeżyli gehennę Powstania po wojnie zwozili furmankami  na to miejsce gruz z warszawskich ruin, usypując go coraz wyżej i wyżej.

A oto garść wspomnień prawie na siłę z niego wyciąganych… Bo według niego – „o czym tu mówić?”

 

„Broń to miał tylko dowódca drużyny… Starą parabelkę i cztery naboje… Ale te naboje, to trzeba było oszczędzać – i nikt z nas nie wiedział czy one były dobre… Czy w razie czego wystrzelą, czy nie?”

„Nie śmiej się,  że ten pseudonim – „Kobuz” – że ja niby jak sokół…  Wszyscy jakieś wybierali… Któryś z chłopaków powiedział, że fajny jest…”

„Był taki Felek – też z Czerniakowskiej – tylko bliżej Bobrowieckiej… Cwaniak z niego był i rwał do powstania jak nikt… Odgrażał się, że on ich wszystkich…  Dostał w brzuch i tak jęczał, tak jęczał  i tylko mamy… Mamy wtedy strasznie chciał… Ratunku nie było – dwie godziny się męczył.”

„Zygmunt – brat mój – zginął przy Wilczej w jedenastym dniu… Całą drużyną wyskoczyli z budynku i – granat moździerzowy spadł im pod nogi. Mówili, że nie żył nawet kwadransa. Miał wtedy niecałe dwadzieścia jeden lat. Dopiero po Powstaniu przewieźliśmy go na nasz cmentarz.”

„Broń to była – dowódca nam mówił – tylko zanim Powstanie się zaczęło, to Niemcy nakryli nasze magazyny…”

„Butelkę z benzyną nosiłem ze sobą cały czas, ale nie dało rady rzucić… Niemcy nie podchodzili blisko – wycwanili się i strzelali do nas z daleka… „

„Okrążyli nas… Wstyd mówić – uciekliśmy… Kanałami uciekliśmy…”

„Przyszliśmy tam po północy. Zdrzemnęliśmy się na strychu ze trzy godziny i poszliśmy dalej. Ktoś chyba doniósł. W każdym razie Niemcy się dowiedzieli i rano zabrali gospodarza i dwóch jego synów – piętnaście i siedemnaście lat… Dowiedziałem się o tym dużo później – nawet nie wiadomo gdzie leżą. Gdyby to można było cofnąć…”

„Prowadzili nas do Pruszkowa… Gdyby nie ruskie samoloty, to nie dałoby rady uciec z tego konwoju… Ale jak zaczęli bombardować…”

„Nie prosiłem się,  bo to jakoś głupio było… Bo przecież…  W dziewięćdziesiątym trzecim sami mnie awansowali na podporucznika… Ale czym tu się chwalić… Wielu wśród nas było takich, co nawet kamieniem nie rzuciło… Nie ma potrzeby o tym mówić – bo i po co?”

Jednak jest o czym mówić – nie tylko o Bohaterach Parasola – trzeba też powiedzieć o wielu, wielu innych Bohaterach Powstania. O tych, którzy nie mieli dylematu czy iść, choć szli z gołymi rękoma. A łatwiej przecież iść z karabinem i wiarą, niż tylko – z samą wiarą.

Dziś – po tylu latach – nasze opinie o Powstaniu coraz bardziej się polaryzują. Dla jednych  ten wielki heroiczny zryw pozostaje kompletnym bezsensem o strasznych skutkach, dla innych zaś jest sensem absolutnym. Sensem, który będąc niezwykłym, niesamowitym wręcz wyrazem naszej podmiotowości, być może uchronił nas od zupełnego zruszczenia. I smuci, że waga argumentów obu stron praktycznie uniemożliwia jakikolwiek kompromis. Że często tak naprawdę nie myślimy o motywacjach tych, którzy bez wahania wzięli w nim udział, tylko oceniamy Powstanie przez pryzmat dzisiejszej – bezpiecznej, luksusowej rzeczywistości. Równie dobrze i beznamiętnie – zdaje mi się – możemy rozmawiać o tym, czy Juliusz Cezar dobrze zrobił przekraczając Rubikon. I jak nie pozwolić sobie na tę małą złośliwość, gdy tak często słyszy się beznamiętne arytmetyczne wyliczanki strat, czy – przeciwnie – wojownicze zapewnienia, że „to był nasz obowiązek.”

Nieporównanie bardziej smuci jednak to, że ów podział opinii o Powstaniu przekłada się niemal bezpośrednio na dzisiejszy podział naszego społeczeństwa w spojrzeniu na współczesną polską rzeczywistość. Bo z reguły ludzie pragmatyczni, o poglądach liberalnych, myślący perspektywicznie o naszym kraju i jego związkach z zachodem, pragnący jego rozwoju i nowoczesności – widzą Powstanie jako czyn heroiczny lecz niepotrzebny, jako kolejną w naszej historii straszną, wyniszczającą nas na lata hekatombę.

Zaś ci, dla których liberalizm jest wielkim złem, którzy za nasze niepowodzenia winią wszędobylski obcy kapitalizm, którzy uważają, że nasz kraj trzeba najpierw wyczyścić ze złej przeszłości i  „obcych ideowo” ludzi, wyprostować historię, wyrównać szanse i budować nową –  naszą własną – lepszą i sprawiedliwą przyszłość, widzą Powstanie jako czyn ofiarny, ale konieczny. Bo wolność, bo Ruscy, bo Niemcy, bo obowiązek…!

I myślę, że tak jak długo jeszcze nie znajdziemy wspólnego mianownika w ocenie Powstania, tak długo nie potrafimy spojrzeć ponad podziałami na naszą przeszłość, nasze dziś i jutro.

 

Poniższy wiersz dedykuję wszystkim Powstańcom, również tym, którzy uczestnicząc w Nim – nie mieli możliwości walki i jeszcze długo po Nim czuli wyrzuty, że zrobili tak mało, choć przecież zrobili tak dużo:

 

Stos pamięci.

 

Patrz

to warszawski dom

Piękny

cudowny nie dzisiejszy design

Odrestaurowany

bo… stało się to

 

Patrz

za nami… daleko…

w mlecznej siekierkowskiej mgle

majaczy… stos pamięci.

 

Czarna

hałda kolizji pejzaży,

sentymentalnych łąk,

wiecznie zielonych traw

i… ich splecionych rąk.

 

Słyszysz

ten wiatr na ich źdźbłach?

Widzisz

tę opadającą nad wodą

łagodność uśmiechu jej warg?

 

Ach! Bandaże!

Te czerwone bandaże czasu

nie mogą zasnuć pamięci…

 

Nie wiesz, że czas też ma kolor?

Najbardziej lubię błękitny,

ale on tak często bywa czerwony

 

Więc rozumiesz

ten cudowny nie dzisiejszy design?

 

 

Pół żartem… i serio o obronności

Pół żartem…

Sam nie wiem czemu tak wryły mi się w pamięć /ale z drugiej strony – jak można było je zapomnieć/ słowa prezydenta Putina o tym, że jego wojska w dwa dni mogą być w Warszawie.

Od dawna mam co prawda świadomość potencjalnego zagrożenia zza naszej wschodniej granicy, ale pomyślałem, że to jednak  niemożliwe, żeby przejechali tak po nas, jakby – po maśle – nie przymierzając. Mamy przecież armię, której – jak dochodzą słuchy – niewiele brakuje do tego, aby i guzika od koszuli nie oddać, a co dopiero rodzimej ziemi nie obronić. Mamy nowego ministra, który im mocniej osiada na stanowisku, tym z coraz sroższą miną się wypowiada, czym wystarczająco odstrasza potencjalnych agresorów /a mnie – z ulgą przyznaję – strasznie uspokaja/. Mamy wreszcie nowy rząd, który – jeżeli tak hardo stawia się się sojusznikom z Brukseli – to cóż dopiero z Rosjanami uczyni.

Zupełnie zapomniawszy natomiast o planowanych wojskowych ćwiczeniach NATO zerknąłem od niechcenia w telewizor i – przerażony – ujrzałem na ekranie napis ANAKONDA. Zrazu pomyślałem, że to ostrzeżenie przed pełzającym gdzieś w okolicy wężem dusicielem! Po chwili jednak zorientowałem się, że ten mrożący krew w żyłach napis filmowany jest z góry, ze śmigłowca… Wtedy już puknąłem się w czoło! Jak mogłem zapomnieć! ANAKONDA to przecież  kryptonim – groźniejszych niż najgroźniejszy wąż -wielonarodowych manewrów wojskowych, które właśnie się u nas odbywają.

I począłem śledzić to tak ważne – nie tylko przecież dla nas – wydarzenie. Ach! Czego tam nie było!!! I zrzut spadochroniarzy! I most pontonowy! I zasadzki, i przegrupowania pododdziałów, i strzelania! I… I wszystko to tak pięknie pokazane… Tak dziarsko po wojskowemu, a jednocześnie w sposób tak filmowy, że – łza się w oku kręci. No i sam Pan Minister stwierdził, iż – jesteśmy gotowi do obrony. Nie powiedział jednak czy – się obronimy – ale to już inna inszość – ważne, że jesteśmy gotowi.

Jak to wojsko pięknie się prezentuje – pomyślałem. Całkiem jak kiedyś: jak latem trzydziestego dziewiątego albo jak za ministrowania Jaruzelskiego, kiedy to się trawę malowało, żeby na pokazie dla VIP’ów ładnie wyglądała.

W międzyczasie ważny amerykański generał zaniepokoił mnie nieco stwierdzając, że wróg mógłby zająć państwa bałtyckie w czasie krótszym niż trzy dni i że nasze sojusznicze wojska mogłyby nie zdążyć z odsieczą. Jestem pewien, że po Anakondzie musiał zmienić zdanie. Musiał zmienić gdy zobaczył pododdziały sojuszników, które ćwiczyły na naszych poligonach.  A byli tam przecież i Litwini, i Rumuni, i Bułgarzy, i Chorwaci… Ach jak oni się  się poznawali, zgrywali i wroga odpierali. I dobrze! Bo nasz  żołnierz winien znać bułgarskie zasady walki na pamięć i na całe życie, żeby kiedyś wygrzewając kości na plażach Morza Czarnego, mógł powiedzieć przy kieliszeczku rakiji: Bułgar, Polak dwa bratanki…

A najważniejsze – to, że w tych manewrach nasi żołnierze mogli lepiej poznać swój ojczysty kraj /jak stwierdził jeden z dowódców manewrów/. Na czas Anakondy bowiem – jednostki z zachodniej części Polski przemieściły się na wschód! Cóż to za piękny pomysł, żeby dowódcy różnych szczebli poznawali kraj – powtórzyłem za nim podekscytowany. Tylko czy ta wojskowa turystyka, czy aby nie mogłaby być ona odrobinę tańsza? Tak sobie myślę, że po co te wojskowe transportery mają robić za turystyczne autokary i ciągać je w te i nazad po pięćset kilometrów? Ale nie ma strachu, bo ten sam dowódca stwierdził, że wiele jeszcze musimy poprawić. Więc jestem pewien – ani chybi, od tego zaczną – i w try miga przerzucą wojsko na rowery…

 

A teraz serio…

W Anakondzie wzięło udział co prawda ponad trzydzieści tysięcy żołnierzy, ale w niewielkich taktycznych pododdziałach rozlokowanych na terenie całego kraju. A w tym samym czasie za naszą wschodnią granicą – ćwiczą w pełnej gotowości bojowej pancerne dywizje. Dywizje! Podczas gdy u nas bataliony czy kompanie nawet!  Putin mówi o zajęciu Warszawy w ciągu dwóch dni, a my zamiast sprawdzać możliwości dużych, mobilnych związków bojowych, przeprowadzać poważne ćwiczenia sztabowe – ćwiczymy niewielkie wielonarodowe pododdziały.

W mojej opini, ćwiczenia Anakonda były sensowne przede wszystkim dla Amerykanów, bo sprawdziły ich możliwości operacyjne. A postawienie mostu pontonowego i przerzut przez niego kilkuset pojazdów, to przecież nie aż taki wyczyn, żeby się nim chwalić. Przypomnę, że za czasów Jaruzelskiego /kilkadziesiąt lat temu/ pułki zmechanizowane i pancerne z marszu forsowały rzeki po takich mostach.

Nie mnie rozumieć zamysły wojskowych strategów, za to śmiało mogę przypomnieć prawdę starą jak świat: wojskowi zawsze przygotowują się do takiej wojny, która się właśnie skończyła. Dotyczy to oczywiście krajów, mających w swych doktrynach obronę granic. Państwa agresywne, planujące inwazję, zawsze są ten jeden co najmniej krok do przodu. Co więcej – państwa te przeważnie dobrze wiedzą, jak wielki jest to krok.

Powiedzmy tu jeszcze, że jednym z ważniejszych celów tych ćwiczeń było przeciwdziałanie potencjalnemu zajęciu przez przeciwnika krajów bałtyckich i północnej części Polski. Według założeń naszych sztabowców agresor zajmując te tereny, prowadząc wojnę hybrydową, dążył będzie do obalenia legalnych rządów i utworzenia nowej, podporządkowanej mu władzy.

Takie założenia to wypisz wymaluj sytuacja z Ukrainy. Jednak wszystkich krajów bałtyckich, a tym bardziej każdego z nich z osobna, w żadnym razie nie można porównywać z naszym wschodnim sąsiadem. Jedynym elementem podobnym jest stosunkowo duży procent ludności w całej populacji posiadającej podwójne – rosyjskie – obywatelstwo lub też po prostu sympatyzujących z Rosjanami. To jednak zbyt mało, żeby się tam zrealizował scenariusz ukraiński.

 

 

Bo – moim zdaniem – Litwa, Łotwa i Estonia to państwa, niestety – przy całym szacunku do nich –  za małe w sensie posiadanych, szeroko rozumianych aktywów – by potencjalny agresor cackał się z nimi zielonymi ludzikami. W razie inwazji te kraje zostaną zajęte może nawet o wiele, wiele wcześniej niż był łaskaw nam powiedzieć amerykański generał. Nie rozmieszczając tam naprawdę poważnych sojuszniczych sił NATO – czego Amerykanie oczywiście nie zrobią, nie wspominając o reszcie członkowskich krajów – nie zdążymy im pomóc.

Cel Anakondy współgra mi z planowanym tworzeniem jednostek obrony terytorialnej. Jednak powołanie tych sił uważam za kosztowny błąd. Straszny błąd dla naszych zdolności obronnych. Tworzenie piędziesięciotysięcznych sił z zadaniem odparcia wojny hybrydowej to, jak już powiedziałem – co najmniej jeden krok do tyłu. Koszty powołania tych wojsk, ich uzbrojenia, wyszkolenia i utrzymania choć w jakiej takiej gotowości bojowej będą ogromne. A kadry dowódcze dla tej formacji? Pomysł, by promować żołnierzy na podporuczników po sześciomiesięcznym kursie uważam za tragikomedię. Z tymi ludźmi po tak krótkim okresie, należałoby dopiero rozpoczynać poważnie szkolenie. A jedyna w kraju rasowa szkoła oficerska we Wrocławiu wypuszcza co roku tylko garstkę oficerów. Mamy jeszcze oficerów po Wojskowej Akademii Technicznej, ale to ludzie z wykształceniem politechnicznym, przygotowani do realizacji zupełnie innych celów niż dowodzenie pododdziałami liniowymi.

Zamiast fundować sobie ten quasi wojskowy, kosztowny i z biegiem lat kłopotliwy projekt, należałoby przeznaczyć środki finansowe i użyć ludzkiej energii  do stworzenia kilku nowych, prawdziwie bojowych, doskonale wyposażonych i mobilnych jednostek oraz doposażenie reszty sił zbrojnych. Chociażby przeznaczmy część środków na zwiększenie zapasów amunicji i materiałów pędnych. To – zdaje się – byłby naprawdę uzasadniony wydatek.

Scenariusz z zielonymi ludzikami ma małe prawdopodobieństwo, żeby się u nas powtórzyć. Tylko wyszkolone, wyposażone, zdolne do błyskawicznego przerzutu w dowolne miejsce w kraju siły zbrojne są zdolne przeciwstawić się zagrożeniu, które przecież o ile wystąpi, to i tak będzie dla nas sporym zaskoczeniem. A sięganie po organizacje paramilitarne typu Strzelec, użyte w ćwiczeniu Anakonda nie są mądrym rozwiązaniem, żeby nie powiedzieć mocniej. Nie neguję zasadności ich istnienia i przydatności w szeroko rozumianej materii obronnej. Ale na miłość Boską, nie puszczajmy – ochoczych, lecz w sumie bezbronnych – młodych ludzi na poważne zapasy z zawodowcami, bo to też już było.

 

 

Piwnica pod Baranami – prawdziwy unikat

Nie tak dawno /luty 2016/ w podpruszkowskich Otrębusach, w siedzibie Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze „Matecznik” – mogliśmy zobaczyć Piwnicę pod Baranami w Jej jubileuszowym koncercie z okazji – tak – sześćdziesiątej rocznicy powstania.

Ciągle aktualne teksty Wyspiańskiego, Dymnego, wielkie kompozycje Koniecznego, Pawluśkiewicza czy Radwana zaprezentowały nam – niesamowite – trzy pokolenia Piwniczych artystów. Konferansjerką ujął nas wielki Piwniczny bard – artysta na trudne czasy – Leszek Wójtowicz. W swej sztandarowej, niezwykle lirycznej piosence „Serduszko” wystąpił przed nami, w znakomitej jeszcze formie Miki Obłoński; Mieczysław Święcicki  w cudowny, jemu na zawsze już przypisany, poetycki sposób przeniósł nas  swym pięknym erotykiem na falujące morze jęczmiennych łanów. W  przejmująco głęboki dobrze nam znany nostalgiczny sposób śpiewała Tamara Kalinowska. Były oczywiście również: Beata Ślęzak, Ola Mauer, Ewa Wnukowa, był Piotr „Kuba” Kubowicz, Rafał Jędrzejczyk, Tadeusz Kwinta – Piwniczne Ikony. I wielu, wielu innych lubianych przez nas artystów oraz muzyków /z Michałem Półtorakiem na czele/.

Dziś – po prawie dwudziestu latach od śmierci założyciela i długoletniego Opiekuna artystycznego i duchowego Piwnicy – Piotra Skrzyneckiego można śmiało stwierdzić, że Piwnica pod Baranami to nadal unikat na naszej estradzie. Żadna ze współczesnych grup kabaretowo-estradowych nie niesie w swych tekstach takiego ładunku emocji, poetyki, wyrafinowanego dowcipu, co Piwnica. Nikt dziś u nas na scenie nie mówi tak nostalgicznie o przemijaniu, tak pięknie o miłości, tak ciepło o przyjaźni i tak serio, i z taką powagą o naszych, polskich sprawach. Nikt tak celnie nie wykpiwa głupoty, małostkowości i obłudy. I to wszystko bez patosu, aktorskiego gwiazdorzenia i najmniejszego nawet cienia wulgarności.

Za to wszystko wybaczamy Piwnicy pewne słabostki, które choć uzupełniają Jej artystyczny wizerunek, to jednak trochę śmieszą. Jak choćby to stylizowanie się na inność, na tę swoją – tylko dla wtajemniczonych – „krakowskość”, rozumianą jako coś wyższego, jako większą zdolność w odbiorze sztuki. Tolerujemy bez zmrużenia oka używane przez konferansjera słowa piękne, wzniosłe, acz – niestety – już coraz rzadziej używane, które swym anachronizmem siłą rzeczy wywołują cień uśmiechu. Potulnie godzimy się na nieustanne obnoszenie się z tradycją. Akceptujemy to przenoszenie nas w wytworność czasów, które minęły, a które są już tylko historią, bez najmniejszego gestu sprzeciwu. Bo w zamian dostajemy coś niepowtarzalnego.

I choć ta właśnie niepowtarzalność, ten tak wyróżniający Ją charakter czyni z Niej prawdziwy diament w naszej artystycznej przestrzeni, to Piwnica jest już inna niż za czasów Pana Piotra. Bo zmieniło się zbyt wiele. Bo musi jak wszyscy walczyć o przetrwanie na kurczącym się rynku. A to – wiadomo – nie jest łatwe. I chociaż Jej blask wydaje się odrobinę słabszy, to jednak nadal świeci mocno – błyszczy poziomem swej sztuki i talentami swych artystów – również tych z młodszej generacji, jak choćby Beata Czarnecka, Kamila Klimczak czy kompozytorów  jak Adrian Konarski i Tomasz Kmiecik. A także – co przecież determinuje sukces – ma świetnego reżysera i dyrektora zespołu.

Zatem czego ja – sympatyk Piwnicy – mógłbym Jej jeszcze życzyć? W zasadzie to mam tylko jedno życzenie. By była taka jak dotąd! By świeciła wysoko na nieboskłonie, kierując się w doborze repertuaru jedynie własnym gustem. By w angażowaniu kompozytorów, muzyków i wykonawców jedynym kryterium były wyjątkowe możliwości artystyczne. By odrobinę śmielej przesuwała środek ciężkości programu z pozycji klasycznych na nowe. I by – częściej odwiedzała Warszawę.

Żeby nie być gołosłownym, żeby pokazać jakie słowa padają ze sceny podczas „piwnicznego wieczoru” przytoczę jeden z Wielkich Tekstów Piwnicy:„Dezyderatę”. Tekst niezwykle humanistyczny, uniwersalny i zawsze aktualny. A dziś może nawet bardziej aktualny niż kiedykolwiek.

 

 

DEZYDERATA

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.

O ile to możliwe bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.

Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść.

Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha.

Porównując się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały,bowiem zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie.

Niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany będą dla Ciebie źródłem radości. Wykonaj swą pracę z sercem, jakakolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu.

Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa. Niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty – wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia. Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. Przyjmij spokojnie co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości.

Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny. Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj. I czy to jest dla ciebie jasne czy nie, wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze. Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje, czymkolwiek się trudnisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia, w zgiełkliwym pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swą duszą. Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.

Bądź uważny.

Dąż do szczęścia.

 

Znalezione w starym kościele

Św. Pawła w Baltimore.

datowane 1692r.

 

Słowa: Max Ehrmann

 

Muzyka: P. Walewski

 

 

 

A jednak będzie dobrze!

Ach! Cóż za marny nastrój ogarnął mnie pod koniec tego strasznego 2015 roku.

Bo i skąd tu czerpać choćby i mglistą nadzieję na lepszą przyszłość?

Armie Putina praktycznie już zamknęły nas w kotle. Na północy – w Kaliningradzie – i na wschodzie, są już od dawna. Na południowym wschodzie  zajęły Krym i zdaje się, że rozpanoszyły się tam na dobre. A ostatnio ich skrzydlate zagony atakują już na naszej południowej flance. Co prawda bombardują jeszcze daleko od Karpat, ale już trzeba myśleć gdzie by tu uciekać. Choć przecież wiadomo, że ucieczki przed nimi nie ma. Jest za to – o niezbadane wyroki boskie – wielka ucieczka do nas. Więcej! Uciekający w tej ucieczce zalewają nas jak ogromne fale potopu i – zdaje mi się w tym fatalnym grudniu – że już niedługo nie będzie przed tą ucieczką ucieczki.

Na domiar złego, sytuacja w kraju już na dobre pchnęła mnie w odmęty pesymizmu.

PIS toporem rąbie sobie drogę do władzy, a wszyscy wkoło mnie straszą, że nawet jak ją wyrąbie, to rąbanie może się nigdy nie skończyć. Zaś Platforma co wyrąbała to wrąbała i wygląda na to, że po tym rąbaniu już na dłużej będzie wyrąbana. Zaś reszta opozycji sprawia wrażenie, że jest w sejmie tylko po to, aby się wreszcie narąbać.

Słowem – katastrofa! Znikąd nadziei… Bo i Kukiz, na którego tak liczyłem, mnie zawiódł. Tak – przyznaję – liczyłem na niego. Czekałem z utęsknieniem, że wejdzie do Sejmu, stanie za mównicą, ukłoni się, chrząknie i – zaśpiewa. Ale gdzie tam! On zaczął mówić!  Zrazu sądziłem, że głos stracił. Ale nie, bo jednak coś tam słyszałem. Dukał coś tam niewyraźnie raz tak, raz tak, coś tam nawet pokrzykiwał, choć prawdę mówiąc nie JOW-ował już tak ponad gór szczytami jak przed wyborami był JOW-ował.

Jakby nie dość było tego złego, któregoś dnia gruchnęła wieść, że prawdopodobnie będą nici z dodatku – z tych pięciuset złotych na każde dziecko. Załamało to mnie. A zwłaszcza załamało to moje finanse. Mam tylko jedno dziecko i na początek na wielką kasę nie liczyłem. Ale później… Później – to i owszem, że się spodziewałem. Bo czy ja jestem gorszy? Bo kto to powiedział, że ja więcej dzieci mieć nie mogę? W czym jak w czym, ale w finansach trzeba patrzeć perspektywicznie. Trzeba umieć zapewnić sobie byt na starość. Bóg dałby dziecko – rząd dałby na dziecko – i dałoby się jakoś wyżyć. A tu masz! Taka gratka zdaje się przeleci mi koło nosa.

Żebym tak jeszcze frankowiczem był, to coś by bokiem wpadło. A tak – totalna apatia.

Nareszcie jednak przekręcił się ten stary rok. A w nowym – w 2016 – od razu powiało optymizmem. Ujrzałem w telewizji, że kto jak kto, ale Pan Prezydent to na nartach umie szusować. Zjechał, przybrał dziarską minę,  uśmiechnął się do kamery i tym jednym, jedynym uśmiechem pokazał wszystkim niedowiarkom, że on wie jak to się buduje sondażowe słupki.  Ja też się spodziewałem, że skoczą do góry, że poszybują wysoko. A tu pech. Nic. Stoją jak stały. Taki piękny zjazd, a tu ani procenta! A przecież Panu Prezydentowi to nie tylko wyszło świetnie technicznie, ale i arcypolitycznie. Śnieg biały, on czerwony i – barwa narodowa sama się w naturze zrodziła. Niespodzianie, spontanicznie, bez ustawki, bez której od dawna nic się nie rodzi. Oj! Nie ma sprawiedliwości na tym świecie! Oj nie ma! Zaledwie parę lat temu były już Pan Premier Marcinkiewicz ledwo stoczył się z oślej łączki, ledwo krzyknął „yes, yes, yes” – jedyne słowo angielskie jakie znał – a słupki w sondażach tak strzeliły w górę, że hej. I trzymały długo! Oj naprawdę długo! Gdyby nie pewne okoliczności, to kto wie kim dzisiaj byłby Pan Kazimierz? No, ale cóż. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. A i miłość nie wybiera.

Miłość premierów… Co to za cudowne uczucie! Och! Jak ta nasza Pani Premier musi nas kochać! Na zabój! Bo wyraziła ona chęć, ba – jak sądzę swe najgłębsze pragnienie – by każdy z nas, dosłownie każdy obywatel – stał się elitą naszego kraju. Jakie to piękne! Przecież to najczystszy wyraz uczuć i szacunku do człowieka. Zastanawiam się co prawda, co – dajmy na ten przykład – z osadzonymi w zakładach karnych. O tak, tak… Wiem dobrze, że część z nich to prawdziwa elita elity. Ale reszta? Myślę jednak, że rząd łatwo sobie tę resztę naprawi. Szybko utworzy Ministerstwo Prostego Kręgosłupa i Jednego Umysłu i czym prędzej naprostuje kogo trzeba. Żeby każdy – jak Mistrz Kabaretu mawiał – stał się „zdrowom siłom narodu”.

Mimo wszystko wydaje mi się, że ten nowy rok będzie jednak lepszy niż stary. Mimo wszystko – bo przecież nie każdemu się powiodło na jego początku. Dajmy na to – taki Pan Arabski. Rzutem na taśmę tuż przed wyborami wskoczył na ambasadora w Hiszpanii, a tu masz – ledwo minęły trzy miesiące – a tu już trzeba wracać. A nie bardzo jest gdzie. Ale cóż tam Pan Ambasador. Jego sprawa to pestka. Prawdziwy problem to ma i Pan Tusk i inni panowie! Bo gdzie teraz będą oni wypoczywać, jak nie na Costa Brava? A ładnie tam jest! I z otwartymi rękami mieszkańcy tam na nich czekali. Mówi się nawet, że – na okoliczność spodziewanych przyjazdów Pana Tuska – radni przepięknego nadmorskiego kurortu Tossa de Mar, przegłosowali zmianę nazwy na Tusco być Może. Ale teraz jak Pan Arabski już wraca, to i oni chyba wrócą do starej nazwy.

Na koniec znów muszę wrócić do miłości Naszej Pani Premier. Spokoju mi nie daje to jej uczucie. Jak sobie pomyślę, że lada dzień będę należał do osób stojących najwyżej w hierarchii społecznej kraju, ciarki z emocji mnie oblatują. Boże! Ja już niedługo będę elitą! Będę celebrytą! Już nie tylko Doda, pani Gessler, czy wróż Jackowski  będą na okładkach, ekranach i plakatach! Ale i ja! Ach! Żeby tak błysnąć  swoją fotką w Kozaczku pl! Cóż to byłoby za szczęście i cudowne przeżycie! Lecz… Nagle naszła mnie okropna myśl. A może ja się nie nadaję na celebrytę? Takim elitą przecież nie jest tak łatwo być. Wciąż się trzeba uśmiechać, potakiwać, głosić wkoło jak mi było, ile razy, z którą lepiej… Opowiadać z detalami… I najgorsze – znać się na czymś, coś powiedzieć, coś przeczytać…

I – zwątpiłem. Tak. Przez chwilę – bo argumenty miałem o wiele mocniejsze od wątpliwości. Średnie mam? Mam. Dokształcanie było? Było. Wprawdzie kurs palacza kotłowego przenosi mnie od razu z kierunków humanistycznych na politechniczne, ale tacy też potrzebni. Naród nie może tylko prawnikami, lekarzami i specami od piłki nożnej stać. A poza tym – puknąłem się w czoło w olśnieniu – będzie przecież Ministerstwo Prostego Kręgosłupa i Jednego Umysłu! Żeby zostać celebrytą – żeby wreszcie być elitą – warto dać się naprostować.