Wolność słowa – błogosławieństwo czy zagrożenie demokracji?

Wolnością słowa zachodni świat cieszy się już od dawna. Gdy w ciągu ostatnich dwóch dekad doszły do tego bezgraniczne komunikacyjne możliwości, całe społeczności uznały, że wreszcie złapaliśmy Pana Boga za nogi. Że wreszcie jesteśmy całkowicie wolni.

Ale…  Każdy kij ma dwa końce! Przynosząca nam tyle dobrego gęsta sieć elektronicznych połączeń z roku na rok coraz bardziej odsłania nam swe słabe strony. Te słabe strony wirtualnej rzeczywistości nie dotyczą tylko zwykłego Kowalskiego, który jako posiadacz internetowego konta bankowego zdaje sobie sprawę, że sprytny haker, będący zawsze o krok przed najprzemyślniejszymi zabezpieczeniami i procedurami, w jednej chwili może go pozbawić zgromadzonych tam środków. Dotyczą one całych społeczności i państw, całego demokratycznego ładu. Konsekwentne wykorzystanie wszystkich słabości wirtualnej rzeczywistości może istniejący demokratyczny świat mocno zaburzyć.

Dziś w tej naszej globalnej /nie tylko elektronicznie/ wiosce, granice się zatarły. Każdy kraj może sterować dowolnym krajem na świecie. Choć takie próby wpływu jednego /zazwyczaj silniejszego/ systemu, na losy drugiego czy drugich, były od zawsze, to zdolność kreowania świadomości całych społeczeństw jest dla nas novum. Novum zainicjonowanym przez pretorian Putina. Niektórzy nazywają to zjawisko wojną hybrydową. Jednak jest to po prostu kolejny szczebel w działalności szpiegowskiej, której jednym z celów jest dezinformacja. A jeżeli w świecie, w którym żyjemy można wpływać na myślenie poszczególnego obywatela, to jest to dezinformacja totalna. Jej skutkiem – w dużej mierze – są np.wyniki amerykańskich /wolnych/ wyborów prezydenckich, postawa Anglików w głosowaniu nad wyjściem z UE, czy rosnący eurosceptycyzm.

Nic dziwnego, że Rosjanie wpadli na to, jak łatwo można sterować myśleniem całych społeczeństw. To oni bowiem jako pierwsi wprowadzili na poważną skalę agenturę wpływu, której cele od początku jej istnienia były podobne do celów hakerów mieszających w głowach zwykłym Amerykanom. Wpływ Rosjan na świadomość Amerykanów nie dotyczył i nie dotyczy tylko wyborów. Rosjanie od dawna ingerują w różne istotne obszary myślenia obywateli, nie tylko tego zresztą kraju. A Amerykanie? Oni robią to samo. Różnica jest tylko taka, że są dramatycznie spóźnieni i działają w nierównej Rosjanom skali.

A jaka jest nasza sytuacja? Normalna! To znaczy cały czas jesteśmy metodycznie rozpracowywani na wielu obszarach, w tym oczywiście i na polu świadomości obywatelskiej, mądrości politycznej, pojmowania naszej racji stanu. Skutki tego są widoczne na codzień. W naszych publicznych postawach i  naszych publicznych wyborach. Dodajmy tu jeszcze, że Polska jest  także non stop „wyróżniana” przez Rosję na tle innych postkomunistycznych krajów. Jako kraj o znaczeniu lokalnym, ale o położeniu strategicznym, nasi „opiekunowie” nie wahają się używać i innych, mniej nowoczesnych narzędzi, by rosyjskie powiedzenie „kurica nie ptica, polsza nie zagranica” nie traciło nic a nic na aktualności.

Co prawda po wydarzeniach minionego roku tak Amerykanie, jak i zachodnie społeczeństwa i rządy powinny wreszcie zrozumieć, że my – Polacy – nie wysysamy rusofobii z mlekiem matek. Tylko że – od wieków odczuwając na własnej skórze poczynania naszego wschodniego sąsiada – mamy rzeczywiste prawo się go obawiać.  I może cały zachodni demokratyczny świat w końcu pojmie, że dziś już każdy z nich bezpośrednio graniczy z Rosją.

A jak możemy zmniejszyć wrogi wpływ państw na świadomość i postawy społeczne nie tylko u nas, ale i generalnie na świecie?

Jest jeden sposób. Bardzo niepopularny. Tym sposobem jest ścisła kontrola swobodnych, anonimowych obywatelskich wypowiedzi w internecie. Całkowite wyeliminowanie prawa do tego nie wchodzi oczywiście w rachubę, ale należałoby jak najszybciej zlikwidować jej anonimowość i wprowadzić ostre sankcje za próby jej obejścia. Nie może być tak, by głoszący publicznie nieuzasadnione, negatywne, oszczercze wobec osób i instytucji opinie pozostawali bezkarni. Musimy wprowadzić pod groźbą ostrej sankcji odpowiedzialność za słowo. I takie działanie nie ma nic wspólnego z ograniczeniem wolności. To jest tylko ograniczenie warcholstwa, samowoli i możliwości sterowania opinią publiczną od zewnątrz oraz konfliktowania jej w szczególności.

Przy okazji zniknie tak niszczący społeczeństwo hejt, który przecież w jakiejś części jest efektem pracy szpiegowskich troli. Bo w żadnej mierze nie możemy przyjąć, że nienawiść jest znakiem naszych czasów. To nieograniczone niczym możliwości komunikacyjne, anonimowość i bezkarność uwalniają najgorsze nasze instynkty. Instynkty, które – w imię lepszego świata – człowiek zawsze zwalczał.

Wolności wypowiedzi w przestrzeni publicznej nie wolno nikomu zabrać. Natomiast bezwzględnie należy odebrać możliwość czynienia zła i mieszania ludziom w głowach.

Jeżeli tego nie zrobimy, jeżeli wygra masowy sprzeciw przeciwko ograniczeniu tego prawa naszej wolności, to już niedługo możemy obudzić się w świecie zupełnie nierzeczywistym. Nierzeczywistym, bo rzeczywistość na naszej planecie będzie kreowana przez wielkich, średnich i całkiem małych macherów. A wśród nich wiodącą rolę na pewno odgrywać będą centrale wywiadowcze.

Satyra polityczna miernikiem demokracji

 

I co z tego, że ludzie podśmiewają się z władzy? W naszym dzisiejszym  świecie to nic specjalnie nadzwyczajnego ani dla śmiejących się, ani dla ośmieszanych. Jednak gdy sytem rządzenia staje się jednym wielkim absurdem, a poczynania jego urzędników są nad wyraz nieracjonalne, ten polityczny śmiech może się stać niebezpieczny dla jednych i drugich. Niebezpieczny dla rządzących, bo ośmieszanie może znacznie podkopać ich „boski” autorytet i groźny dla kpiarzy, których mogą dosięgnąć silne ramiona władzy.

Rząd w pełni demokratyczny będzie miał satyrę gdzieś… Ba, nawet będzie czerpał z niej inspiracje do eliminacji głupoty ze swoich poczynań /bo przecież tylko głupcy wierzą, że nie robią głupot/. Władza jeszcze demokratyczna, ale z ciągotami dyktatorskimi będzie udawać, że satyra polityczna śmieszy ją równie, jak obywateli. A po cichu będzie szykować sankcje ograniczające samowolę żartownisiów. Natomiast rząd autorytarny – raczej wcześniej niż później – odpowie na satyrę polityczną represjami.

Zatem można powiedzieć, że stosunek władzy do politycznej satyry jest jednym z wielu probierzy wolności słowa i swobód obywatelskich, czyli –  zaawansowania demokracji. Reakcje rządów wobec ich krytyków mówią nam też o determinacji i możliwościach działania rządzących. Jeżeli władza w pół- czy w pełni autorytarna posunie się do niszczenia satyry oznacza to, że może ona wytoczyć przeciw swym obywatelom znacznie cięższe działa. Jeżeli zaś pozwoli kwitnąć satyrze – tak jak to było u nas w latach osiemdziesiątych – to znaczy, że jest władzą słabą, pozbawioną możliwości skutecznego działania i jej dni są policzone.

Jak zatem wygląda sprawa w rozwiniętych demokracjach? Czy na przykład demokratyczny brytyjski rząd jest rządem słabym, skoro pozwala śmiać się z siebie bezkarnie? Absolutnie tak. Czy zatem jego dni są też policzone, jak to było w zmierzchowym stadium rządów Jaruzelskiego?

Absolutnie nie.

Brak logiki?  W żadnym razie. Demokracja, pełna demokracja – w aspekcie relacji władza-obywatel – musi być – i powinna być władzą słabą. Bo jeśli władza jest silna, to obywatel jest słaby. A słaby obywatel – ograniczony w swych podstawowych prawach, pozbawiony ochrony prawa i państwa z powodu swej odmienności kulturowej, światopoglądowej czy jakiejkolwiek innej – jest tylko w dyktaturze. Bo tylko taki – autorytarny system – by w ogóle istniał, wymaga straszliwego podziału na: my i oni, co przecież jest złem samym w sobie.

Oczywiście władza musi być arcy-silna w kilku kluczowych dla państwa wymiarach, jak choćby obronność, czy bezpieczeństwo wewnętrzne. Ale -wobec obywatela – im władza słabsza, tym obywatele, a zwłaszcza najsłabsi obywatele, są silniejsi. Przecież to pokojowe współistnienie równych sobie, różniących się ludzi, jest najpiękniejszym marzeniem człowieka. Jest credem chrześcijaństwa. Jest istotą i celem filozoficznej myśli człowieka, który pojął, że gdy nie stworzy jakiegoś bezpiecznego systemu wspóistnienia to – jako gatunek – nie przetrwa.

Takie też były zamierzenia twórców zachodniej siedemnastowiecznej liberalnej demokracji parlamentarnej,  którzy czerpali z tragicznych doświadczeń przeszłości i przemyśleń najwybitniejszych ludzkich umysłów.

Jak jednak ta konstrukcja – państwo słabe-obywatel silny – jest wrażliwa na zakłócenia, widać po ostatnich wyborach prezydenckich w jednej z najstarszych liberalnych demokracji – w USA. Tam bowiem wygrał populista głoszący, że Ameryka jest słaba z powodu m.in. nielegalnych meksykańskich emigrantów, co potwierdza tezę, że jak ktoś /jakaś grupa społeczna/ chce być silniejszy, to zawsze musi być ten słabszy, który boleśnie zapłaci za jego siłę.

Czy w takim państwie, czy w takim świecie – chcemy żyć?

Wielu z nas zastanawia się zapewne jak nasi rządzący potraktują program satyryczny Kabaretu Moralnego Niepokoju  – „Ucho prezesa” – który  bezpardonowo parodiuje i wykpiwa jaśnie nam panujących. Popularność programu już jest duża, a jeszcze ciągle rośnie, co niewątpliwie będzie  zachętą dla innych twórców, choć i tak liczba skeczy,  piosenek i wszelkiej maści tekstów ośmieszających rząd jest coraz większa. Czy zatem rząd posunie się do działań przeciwko autorowi programu – Robertowi Górskiemu – czy też satyrze w ogóle, czym potwierdziłby te wszystkie tezy, w których oskarżany jest o dyktatorskie zapędy. Czy nie zrobi nic – i tym samym udowodni – że wolność słowa nie jest u nas zagrożona, a demokracja ma się całkiem dobrze.

Ten stosunek naszej władzy do przerysowanej przecież krytyki będzie swoistym papierkiem lakmusowym. To, jak rząd PiS postąpi wobec zalewającej go ze wszech stron fali kpiny, parodii, satyry i śmiechu, pokaże nam jego prawdziwe intencje.

Bo co jak co, ale stwierdzić, że rząd PiS jest dziś tak słaby jak w latach osiemdziesiątych gabinet Jaruzelskiego, to raczej nie można. Chyba żeby się nagle okazało, że co prawda rząd stroi się w piękne szaty, ale tak naprawdę król jest nagi.

Tak więc czekajmy z nadzieją, że PiS zrozumie swą rolę jako władzy słabej wobec obywatela. A z każdym upływającym miesiącem jego bezczynności w tej kwestii cieszmy się, że mimo ciągle zmieniającego się otoczenia nadal – my obywatele – jesteśmy silni. A nawet z dnia na dzień coraz silniejsi!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ją za inspiracje demokratyrząd demokratyczny może nie będzie zachodził się od śmiechu, ale

 

 

Taki ogólnonarodowy rechot najbardziej był słyszalny od Tatr do Bałtyku w latach osiemdziesiątych. We wcześniejszych powojennych dekadach, najpierw terror, a później sankcje zamykały usta satyrykom, ale… nigdy nie zamykały ich do końca. Za pomocą parodii, aluzji – z czasem coraz mniej wyszukanej – celnie wykpiwano głupotę rządzących. I śmiało możemy powiedzieć, że – totalna z powodu możliwości medialnych – satyra polityczna mocno przyczyniła się do upadku pezetpeerowskich rządów. Bo przecież nic tak nie osłabia władzy jak ośmieszenie jej wśród podwładnych.

 

Już myślałem, że nie doczekam czasów, w których w moim kraju, ludzie znów sięgną po tę dotkliwą dla rządzących broń. I choć wiedziałem – bo to jest normalne – że zawsze i zdrowo będziemy się śmiać z tego czy innego polityka, z tej czy innej decyzji rządzących, to nie spodziewałem się, że tak szybko pojawi się totalna bezpardonowa satyra polityczna. Nie spodziewałem się, że nagle w dwa tysiace szesnastym roku obudzi się w następnym rozkwitnie polityczny żart, ośmieszający najwyższe nasze władze : Prezydenta i rząd.

Bo z czego tu się śmiać? Co tu gremialnie wykpiwać? Śmiać się z całej legalnie wybranej władzy w wolnym środkowoeuropejskim kraju na progu dwudziestego pierwszego wieku?

Przecież to jest dramat, a nie powód do śmiechu. Ale fakt jest faktem. Totalne wykpiwanie „dobrej zmiany” z pojawieniem się „Ucha prezesa” programu Kabaretu Moralnego Niepokoju stało się faktem.

Coś tu nie  jest tak. Ja wiem, że nie wszyscy się śmieją. Że ponad trzydzieści procent z nas na żarty Górskiego przygryza wargi ze złości. Że kolejne dwadzieścia śmieje się półgębkiem, ale reszta… te pozostałe piędziesiąt procent zdrowo rechocze z poczynań naszych „boskich pomazańców”. Skąd to wiem? Ano byłem u fryzjera, jechałem autobusem, byłem u znajomych, znajomi do mnie dzwonią i opowiadają, no i… umiem czytać: „Ucho…”  ma potężną, rosnącą oglądalność.

I jeszcze coś wiem na pewno: razem z wypalaniem się poparcia dla PiS, liczba fanów ucho-podobnych programów będzie rosła.

I jeszcze… wyjaśnijmy to sobie od razu: to nie satyrycy zmówili się na rząd. Nie zapłaciła im także wroga agentura, nie są to też ludzie drugiej kategorii, którzy okopani dotrwali aż do dziś i teraz mszczą się na rządzie za całe zło ktorego nie szczędzi im Pisowska władza. To bezwględnie poczynania obecnego rządu w bez mała każdej dziedzinie życia, to jej bezpodstawne dzielenie ludzi na lepszych i gorszych, prawdziwych patriotów i zaprzańców, to aroganckie i bezustanne wiedzenie lepiej co lepsze dla nas wywołują sprzeciw społeczny i są aż nadto wystarczającą pożywką dla kabaretów. I jeżeli nasi włodarze nie zmienią swej mentalniści i metod działania, kpin i żarów będzie coraz wiecej. I powiedzmy tu jeszcze, że nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje prawa nowo wybranemu rządowi do wdrażania swego programu, do zmieniania kraju. Ale totalna zmiana – w wielu przypadkach na rympał – spotka się z totalną społeczną odpowiedzią, czego eksplozja polityczna satyra, jest jaskrawym znakiem.

 

Satyryczne spojrzenie Roberta Górskiego współtwórcy „Ucha” ośmiesza i demaskuje PiS i jego rząd na skalę od czasów „komuny” niespotykaną. Przerysowując poczynania rządzących uderza niezwykle cennie – popularność programu jest uderzająca. I nie robi tego –  znak czasów – w wysublimowany, finezyjny, sposób. Korzysta z prostych, by nie powiedzieć prymitywnych skojarzeń i point dalekich od wyszukanych. Wali prost w twarz ulicznym językiem i manierami nie wiele odbiegającymi od „Kiepskich”. Nie bawi się w konwenanse, prawne, czy logiczne wywody. Mówi takim językiem by dotrzeć do każdego, by każdy pojął, że nawet jeżeli to kabaret, to ci wszyscy „Kaczyńscy” to prostaki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I chcąc nie chcą oglądając „Ucho” rodzi się skojarzenie, że Górski uderza w PiS, jego rząd, sejm i Prezydenta po dobrej nauczce jaką dostał. Po nauczce jaką zaserwował mu PiS zdobywając tak wielką popularność i wygrywając wybory.

Człowiek kabaretu oprócz wielu, wielu cech musi mieć jedną musi być bystry. I Rafał Górski jest bystry. Może najbystrzejszy że wszystkich na zatłoczonej kabaretowej scenie. I Górski wyłapał, pojął od razu, że wystarczy jak skopiuje, nawet nie musi przerysowywać, wystarczy jak zacznie naśladować, jak powtórzy styl pisowskiej propagandy, jej prymitywny język, jej bezceremonialność, kategoryczność, agresję i kłamliwe bon moty / Polska w ruin/ a będzie miał sukces. Znajdzie fanów, zwiększy popularność i zrobi show.

I zrobił show. O „Uchu” gada się wszędzie i nie wypada się przyznawać, że się go jeszcze nie widziało.

I znów pytam sam siebie: czy musiało do tego dojść?

Ale widocznie u nas już tak jest, że zanim Wałęsa przekskoczy przez płot, ludzie kabaretu, satyrycy, poeci muszą przygotować grunt, żeby miał się z czego odbić i nie spaść na twarde.

A władza… chyba już do niej dotarło – właśnie dzieki Robertowi Górskiemu – że przeholowała. Że poszła za daleko, że styl rządzenia, kultura polityczna którą uprawia jest wierną kopią tych którzy odeszli i mieli już niegdy nie powrócić. I jeżeli jeszcze Górski napisze monolog w stylu „piwnicznego” „Na przykład Majewski” koło czasów dokona pełnego obrotu.

I niech nikt nie liczy, że zamknie satyrykom usta. Nie te czasy. Więcej, na rynku estradowym istniej zdrowa, kapitalistyczna konkurencja. I rywale Górskiego nie bedą zasypiali gruszek w popiele. A bystrych tam nie brakuje.

Co zatem rząd winien zrobić, żeby tę falę rosnącego politycznego żartu zatrzymać. Spin doktorzy tu nie pomogą, nie wystarczy założyć niebieski krawat, uśmiechać się bez powodu i modulować głosik niczym wróżbita Maciej, a ciemny lud to kupi. Władza musi zrobić to czego na pewno nie zrobi – zacząć rządzić inaczej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Satyra polityczna istniała od zawsze, odkąd człowiek uznał, że niezbędne dla jego egzystencji jest panowanie jednych ludzi nad drugimi. I od zawsze rządziła się jedną, podstawową zasadą: im większa tyrania tym ostrzejsza satyra i tym wieksze za nią represje.

I oczywiście odwrotnie.

Im większe swobody obywatelskie, i im bardziej demokratyczne rządy tym satyra słabsza i tym niższe – jeżeli w ogóle – są sankcje wobec niej.

 

 

 

Ta zasada rządząca politycznym żartem w naszej powojennej historii widoczna była jak na dłoni. Od końca wojny, do połowy lat piędziesiątych, do czasów, w których za opowiedzenie wica o władzy można było trafić do ubeckich kazamatów na lata polityczna prześmiewczość była w formie szczątkowej. Za to z każdą dekadą miała się lepiej, by w pełni rozkwitnąć w latach osiemdziesiątych.

Przypomnijmy sobie pełen finezji polityczny żart Piwnicy pod baranami, prostszy, ale nie mniej skuteczny, żart Pietrzaka w jego Egidzie, czy bawiące do dziś kpiny polityczne Tey’a. Nikt nam nie powie ile naszej dzisiejszej wolności zawdzięczamy politycznej piosence i skeczowi, ale przecież wiemy, że nic tak skutecznie nie wypuszcza powietrza z nadętego balonu władzy i pychy jak śmiech. Nic tak skutecznie nie sprowadza na ziemię „boskich pomazańców” jak kpina i szyderstwo. Nic tak jak dobra satyra nie obnaża rządzących i nie sprowadza ich na poziom „prostaczków” i nie mówi im: „patrzcie oni są głupsi od nas!”

Gdy przyszły lata dziewiędziesiąte, śmiech, ta tak straszna broń w czasach dyktatu stępiała. Śmialiśmy się z Kryszaka parodiujacego Wałęsę, bawił na Daniec w góralski stroju wymachując ciupagą chciał robić porządek w Warszawie. Podobały nam się najrozmaitsze kabarety, które brały sobie za cel jaśnie nam panującą włądzę, ale to już nie było to. Władza się zmieniała. Raz była nasza raz ich, a potem znowu nasza. Raz była mądrzejsza raz głupsza, ale nie uciskała, nie deprwowała, i nie była zaprzeczeniem sensu życia.

.

 

Zjedzą nas konie i renciści

„Zjedzą nas konie i renciści”

 

Historia – jak wiadomo – zatacza koła.

Nie tak dawno przecież – raptem w latach sześćdziesiątych – pierwszy sekretarz rządzącej wtedy partii Władysław Gomułka, szukając winnych  ówczesnych problemów gospodarczych zwykł był mawiać: „konie i renciści  nas zjedzą”. Dziś – po pięćdziesięciu latach – już tylko patrzeć, jak nasi dzisiejsi włodarze przypomną sobie prorocze słowa swego poprzednika.

Tak, tak! Wiem, że były pierwszy sekretarz partii w żadnej mierze nie może być poprzednikiem łaskawie nam dziś panujących! Ale przecież władza po władzy jest władzą. I chcąc niechcąc – kontynuatorką, by nie powiedzieć spadkobiercą – poprzedników. Wiem także doskonale, że obecnie nam panujący do perfekcji opanowali obsługę nożyczek, odcinając się od wszystkich i wszystkiego, co było kiedyś. Ale – jak dowodzi nie tylko  przypadek pana Piotrowicza – idealnie odciąć od raka się nie da. Zawsze jakieś chore komórki zostają i krążą po zdrowym organizmie. I powiedzmy to sobie wprost! Wprost i ze zgrozą! Infekują!!! Infekują zdrowe ciało, które po czasie może zszarzeć, zczernieć i… Co z niego zostanie? Nowy twór, a – stary twór! A tak miało być pięknie.

Ale – mówiąc wprost, to – nie do końca odcięcie –  jest nie tylko problemem litościwie nam dziś panujących. Nie jest – i nigdy nie było – ich tylko zmorą. Ile to historia zna czystek politycznych, wycinań w pień, odcinań się od wrogiego elementu, zmagań słusznej prawdy z prawdą mniej słuszną. Mnóstwo. Każdy wiek miał swoich bohaterów szarżujących niczym byki na muletę na tym nigdy nie zanikającym polu walki o „ja”. I chociaż  ci bojownicy z czasem stawali się coraz bardziej wojowniczy, to przecież w końcu przegrywali. Ginęli w niesławie w czeluści dziejów.  A przecież mieli tak piękne ideały, tak szczytne cele?  I cóż za niesprawiedliwość ich dotknęła, gdy ustępować musieli przed hordami dzikich Hunów?

Nasi rządzący – znając chyba historię – doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak mogą skończyć się zabawy z użyciem ostrego narzędzia zwanego nożyczkami. Nie jeden z nich musi więć mieć dylemat: wycinać, czy nie wycinać? Nie ciąć – źle. Ciąć? Tak! Ciąć! Ale przecież nie wszystko da się wyciąć. Co zatem robić? Wyciąć, co się da. A tych co się uchowają, jak drzewka – zaszczepić – tzn. przekupić.

Czyli – obficie czerpać z doświadczeń poprzedników, którzy

zabierali fabryki, ziemię i domy, by rozdać swoim. A rządzili prawie pół wieku! Więc my też możemy. Tym bardziej, że – jak powiedział sam wicepremier – obecna władza chce porządzić tylko trzy kadencje – do końca więc powinno być jeszcze co rozdawać. I póki co, nasza władza rozdaje, a ludziska biorą. Na razie – rząd rozdaje tylko pieniądze. Ale nie należy wykluczyć, że będzie rozdawać i dobra bardziej konkretne. Tym bardziej, że ma co i komu zabrać. Jednak wcześniej czy później – jak uczy historia – przyjdą kłopoty. Ot choćby jak i na Kubie, czas się u nas zatrzyma na parę dekad.

I wtedy – a może znacznie wcześniej – na gwałt zacznie się szukanie chłopców do bicia – za te zastoje, za te niepowodzenia gospodarcze, za to, że znów nie wyszło. I kto zostanie tym przysłowiowym już „gomułkowskim koniem”? Ano wiadomo, że – jak u towarzysza Wiesława – najsłabsi. Emeryci i renciści! Bo jest ich coraz więcej! A jedzą – jakby nigdy jedzenia nie widzieli!

Medycyna i nasza rozwinięta służba zdrowia trzymają tak długo przy życiu coraz większą rzeszę nieproduktywnych – za to coraz bardziej rozpasanych – staruszków. Bo to one – plus program „Jeden z dziesięciu”, „Jaka to melodia”, no i oczywiście telewizja Trwam – powodują, że nasi staruszkowie tak twardo trzymają się życia, zamiast  iść na współpracę z rządem.

 

Moja „podróż do wód” – czeskie Karlowe Wary

CZECHY. Odwieczny nasz sąsiad. Tyle nas łączyło w przeszłości i nadal tyle nas łączy. Wywodzimy się w końcu z jednego słowiańskiego pnia. Ale czy my – Polacy – znamy Czechy i Czechów? Czy znamy ich mentalność,  historię i kulturę? Myślę, że w stosunkowo małym stopniu. Owszem, możemy powiedzieć: „Kto z nas nie był w Pradze? Kto – jadąc na narty w austriackie Alpy – nie zatrzymywał się w którymś z hoteli w Znojmie?” Ale Czechy to nie tylko ich – prześliczna zresztą – stolica, czy malownicze, usiane winnicami i zabytkami Morawy. Czechy to również wiele, wiele innych wartych poznania miejsc. Czechy to również jedno z piękniejszych miast w Europie – Karlowe Wary.

Karlowe Wary – dawny niemiecki Karlsbad – karlowarski region – chciałem odwiedzić już dawno. Nie chodziło mi bynajmniej o jego walory zdrowotne. Na szczęście nie potrzebuję jeszcze pić żadnych leczniczych wód, nie potrzebuję też – przynajmniej na razie – korzystać z jego sanatoryjnych prozdrowotnych dobrodziejstw. Ale skoro w Karlowych Warach – lub może dokładniej w regionie Karlowarskim – gościły kiedyś takie osobistości jak: car Rosji Piotr Wielki, nasz król August Mocny, Bismarck, Goethe, Ataturk, Schiller, Marks, Bach, Beethoven, Brahms, Dworzak, Liszt, Paganini, Smetana, Mozart, Chopin, Gogol, czy Casanova, to dlaczego nie miałbym tam zawitać i ja.

Pewnego wczesnojesiennego dnia wyruszyłem więc autem w czeskie strony. Zawitałem tam od strony niemieckiego Drezna – stolicy Łużyc. Dość szybko minąłem Chemnitz i zacząłem wznosić się w Rudawy – pasmo górskie we wschodniej Bawarii, ciągnące się wzdłuż granicy czesko-niemieckiej. Tuż przed nią – kurort górski Oberweisenthal – po niemiecku porządny, bogaty, nasycony hotelami, pensjonatami i wyciągami narciarskimi. Mijam dawną granicę i wjeżdżam do pierwszego czeskiego miasteczka o symbolicznej nazwie Boży Dar. Boży Dar – przynajmniej w górnej jego części – nie wygląda jednak tak, jak dar Boży powinien wyglądać. Zabite dechami okna przydrożnych okazałych kamienic, ich odrapane elewacje mogą być jedynie wspomnieniem dawnej świetności. I tylko przychodzi mieć nadzieję, że to co Bóg dał, człowiek porzucił tylko na chwilę. Że może już niedługo to miejsce znów – jak dawniej – zatętni życiem.

Same Karlowe Wary powitały mnie ulicznym korkiem. Wjazd do uzdrowiskowego centrum w godzinach popołudniowych musiałem okupić co najmniej godzinnym staniem w automobilowej ciżbie. W miarę posuwania się do przodu, z każdym pokonanym metrem, coraz lepiej rozumiałem skąd w tym niewielkim mieście taki komunikacyjny problem. Otóż uzdrowiskowa, najstarsza część miasta jest dosłownie wbita pomiędzy niewysokie, acz stromawe góry. Zabudowana do granic możliwości wąska kotlina i – dodatkowo – płynąca jej środkiem rzeka Tepla, praktycznie uniemożliwiają jakiekolwiek infrastrukturalne rozwiązanie komunikacyjnego problemu.

Gdy turysta jednak znajdzie się już w centrum, w środku zaiste niezwykłego, bajkowego, architektonicznego cudu, zapomina o wszystkich niedogodnościach. Jak zatrzyma się na jednym z mostków nad Teplą, pierwszym i jedynym doznaniem jakie czuje, jest – oszołomienie! Oszołomienie niezwykłym nasyceniem form, zdobień i barw. Wydaje się, że  wszystko wokół piętrzy się nad nim: willa nad willą, kamienica nad kamienicą, pałac nad pałacem. A wszystko tak kolorowe, tak efektowne, tak utkane urokliwym secesyjnym detalem, że nie sposób oderwać oczu. I to nie na telewizyjnym ekranie, ale tuż obok – na wyciągnięcie ręki. Jawi się wtedy,  że człowiek znalazł się nagle w dalekiej przeszłości, w środku  bizantyjskiego bogactwa. A myślą, jaka się nasuwa jest przekonanie, że do tej wąskiej kotlinki otoczonej Slavkovskim lasem przeniesiono wiele  architektonicznych cudów Paryża, Rzymu czy Barcelony.

Wiele przewodników turystycznych i reklamowych folderów mocno reklamuje to miejsce, ale żaden z nich nie oddaje w pełni rzeczywistości. Bo jak można ze zdjęcia, czy opisu odczuć klimat, nastrój chwili i miejsca, gdy  siada się na marmurowej, zatopionej w zieleni, omszałej ze starości ławce, na której  – z dużą dozą prawdopodobieństwa – mógł kiedyś odpoczywać Chopin w drodze na górujące nad miastem wzgórze widokowe. Miał wtedy 26 lat, był już kilka lat na obczyźnie, a Jego Polska była tak blisko… Co wtedy czuł, o czym myślał, patrząc na rozpościerającą się przed nim panoramę Karlowych Warów?

Z oczywistych względów nie sposób opisać wszystkiego, czym Karlowe Wary mogą się pochwalić. Jest jednak pewne miejsce, o którym chciałbym wspomnieć. To jakby żywcem przeniesiona z Moskwy czy Petersburga – pełna przepychu, wiernych i modlitwy – prawosławna rosyjska cerkiew. Jej złocone kopuły współgrają z intensywnie niebieskim kolorem reszty zadaszenia, a niezwykłej urody kremowy fronton robi niesamowite wrażenie, spotęgowane dodatkowo umieszczonym centralnie nad neogotyckim portalem obrazem Chrystusa z biblią w dłoni. Wnętrze cerkwi z drewnianym ikonostasem i wpadającym w oczy bogatym zdobieniem sklepienia ma jeszcze dodatkowy atut – ta cerkiew żyje. Bo ta cerkiew to nie tylko jej święte obrazy, sprzęty liturgiczne i niezwykłej urody bryła budynku. To także morze ofiarnych świec, pop odprawiający modły i naprawdę liczni wierni prawosławni.

Bo Karlowe Wary to – Rosjanie. Na ulicach, w hotelach czy sklepach króluje język rosyjski. Bez Rosjan to miasto, jak i cały region karlowarski nie miałyby szans tak funkcjonować. Na dziesięciu przyjezdnych – sześciu to Rosjanie, trzech Niemcy, a na tego jednego przyjezdnego składa się cała reszta świata.

Region karlowarski to głównie uzdrowiska. Wśród nich na wielką uwagę  zasługują również Mariańskie Łaźnie. Tam już góry nie blokują przestrzeni, a przepiękny park, kryjący żeliwną kolumnadę osłaniającą ujęcia leczniczych wód, usytuowany jest w samym sercu miejscowości. Może Mariańskie Łaźnie – ze względu na brak ograniczenia przestrzennego – są nawet ładniejsze – ale to kwestia gustu. Bo i to, i to miejsce warto odwiedzić.

Będąc w tamtych stronach nie sposób nie odwiedzić miasteczka Loket /po polsku łokieć/ – miasteczka w pobliżu Karlowych Warów, które szczyci się swym średniowiecznym zamkiem. Jego surowe wnętrza wiernie oddają ducha minionych czasów, a mieszczące się w podziemiach muzeum tortur uświadamia nam drastyczną cechę ludzkiej natury. Realistycznie pokazane praktyki tortur wywierają wstrząsające wrażenie na zwiedzających. Patrząc na kolejne ekspozycje katowskich poczynań zaczyna do nas docierać, co człowiek człowiekowi może uczynić oraz – że ta nasza „zdolność” – wcale nie musi należeć do przeszłości.

Nieco dalej na południe  od centrum regionu leży zabytkowy Cheb – miasto, w którym kompleks złączonych ze sobą wczesnośredniowiecznych kamieniczek wpisany jest na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Jest tu też potężna wieża z czarnego kamienia, ruiny po tysiącletnim zamku i odrestaurowana w surowym kamieniu romańsko-gotycka kaplica zamkowa z około 1100 roku. A w niej mała nisza – pokoik skrywający warsztat pracy średniowiecznego alchemika. Ilość zebranych tam eksponatów nie robi jakiegoś specjalnego wrażenia, ale wystarczająco podpowiada wyobraźni jak biegli w tajemnej sztuce szukali receptury na wytworzenie złotego kruszcu.

Na koniec mojej wędrówki po zachodnim regionie Czech wracam raz jeszcze do Karlowych Warów. Do dzisiejszych Karlowych Warów. Do tych tłumów rosyjskich turystów i kuracjuszy, dzięki którym kwitnie i miasto, i region. Czesi rozumieją od kogo zależy ich byt i wyraźnie preferują gości ze wschodu. W języku rosyjskim są karty menu w restauracjach, kantory  wymieniają ruble, recepcjonistki, kelnerzy, czy ekspedientki mówią po rosyjsku, a w sklepach z pamiątkami, królują produkty zdobione specjalnie pod – przecież dość specyficzny – wschodni gust. I tak kwitnie ta turystyczna wymiana. Rosjanie przyjeżdżając tam – wcale z tego co mogę sądzić nie najbogasi – mogą cieszyć się urlopem w zachodnim kurorcie, a Czesi liczą zarobione korony. Aby jednak ten turystyczny biznes mógł się kręcić, musi obracać się w odpowiednim – sprzyjającym mu – klimacie. Nie musi to być nic specjalnego. Zazwyczaj wystarcza tylko zwykły spokój i biznes już sam się kręci.

I Waclav Klaus – były czeski prezydent, który kilkakrotnie w swoich wystąpieniach publicznych, przyjaźnie wypowiadał się pod rosyjskim adresem  /co nad Wisłą budziło irytację/ – dobrze wiedział co robi. W jego słowach  – nie w działaniach przecież – był ten tak znany nam czeski pragmatyzm, którym jedni z nas gardzą, a drudzy go im zazdroszczą. Nam to trudno zrozumieć. My do Rosji mówimy inaczej, co rusz to mając problem jak nie z jabłkami – to z mięsem, jak nie z mięsem – to z zakazem wjazdu tirów do Rosji. Nie wspominając już o handlu przygranicznym z „obwodem kaliningradzkim”. Ale cóż tam „jakiś” handel wobec naszych pryncypiów, wobec naszej racji stanu. Nasi politycy mogą tak myśleć i działać, bo – jak mówił „klasyk” – rząd się wyżywi. Gorzej będzie jednak z nami, ze zwykłymi zjadaczami chleba. Świat nie jest bowiem czarno-biały. W jednym aspekcie konkurujemy ze sobą, w innym luźno współpracujemy, a w jeszcze innym mocno się wspieramy i jesteśmy wobec siebie lojalnymi sojusznikami. I tak to po prostu już jest i niech tak będzie na zawsze, bo podział na totalnych sojuszników i totalnych wrogów, kończy się totalnym konfliktem, a ten – totalnym cierpieniem i totalnym zniszczeniem.

 

 

 

 

 

 

Dysputa kury na temat kultury

Dysputa kury na temat kultury

 

Nie uwierzysz kuro ma, że

Ja byłam wczoraj w teatrze

Miłość była, że… no wiesz –

On ją kochał – lecz ona

Pokochała barona

 

Kuro! Kończ! Już nie mów dłużej!

Ja wiem swoje o kulturze

Kultura z tym jej … No wiesz –

„ę”, „ą” i o grosz proszę –

To coś, czego nie znoszę

 

Gdyby owszem ona była…

Coś nowego mi wnosiła…

Gdyby dała mi… No wiesz –

Coś takiego, żebym ja

Przeżywała ją do dna

 

Gdyby we mnie coś zmieniła –

To pewnie bym ją lubiła

Ale z tym jej – no wiesz…

Zakłamanym górnym „ce”,

Dla mnie jest okropnym „be”

 

Gdyby jeszcze ona była

Czymś, czym ja bym się szczyciła

Ale ona jest – no wiesz…

Jakby w krzywym lustrze gest

Niby płacz, a śmieszy fest

 

Niby mówi – a nie gada,

Niby milczy a powiada,

Że my kury są – no wiesz…

Że my takie głupie są

Że nie wiemy co to „ą”

 

Co to „ę” jest i doznanie

I przeżycie i poznanie

Że jesteśmy, kuro wiesz

Tym, czym zeszłoroczny śnieg

Albo w aucie luźny bieg

 

Więc ci radzę moja kuro

Nie miej nigdy nic z kulturą

Ani z tymi co – no wiesz…

Zrobią minę, rzekną coś

I mniemają że są „ktoś”

 

Nic nam po niej. Przyznaj to mi

Że to co trzeba mamy w tivi

A nie każdy ma – no wiesz…

Coś takiego w sobie, że

Chce kultury – chce i chce

 

Przecież my mamy jaja nieść

No i jeść, gdy chce się jeść

A poza tym też – no wiesz…

Musimy spać, czasem się spleść,

Gdaknąć coś i znów się nieść

 

Na to rzecze kura druga

Ależ błądzisz moja droga

Nam nie wolno jest –  no wiesz…

Gdakać tylko i się nieść

A kulturę to mieć gdzieś

 

Nam potrzeba sięgać wyżej

Widzieć dalej i czuć szerzej

Bo wie każdy to – no wiesz…

Że kultura czyni z nas

Kury coraz lepszych ras

 

Dobrze kuro – tobie powiem

Ja kulturę nawet lubię

Ale słuchaj gdy – no wiesz…

Gdy już wyjść chcę nawet gdzieś

Coś mi mówi: gdzie chcesz leźć!

 

Czy nie lepiej tu ci będzie?

Dzień jak codzień przespać w grzędzie?

Chodzi o to, że  – no wiesz…

Po cichu to wyznam ci,

Że leń straszny we mnie tkwi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Panna pszeniczna” w Kamyku

panna2 Z daleka słysząc tubalny głos Michała Śniadowskiego – instruktora muzycznego w Miejskim Ośrodku Kultury „Kamyk” w Pruszkowie – zbiegam kilka schodków w dół i wchodzę do niewielkiego, skromnego, skąpo oświetlonego pomieszczenia. Wewnątrz atmosfera niczym w prawdziwie bohemicznej pakamerze – lampka rozjaśnia tak naprawdę tylko klawiaturę wysłużonego pianina, za którym siedzi Michał /Pasjonat muzyki, który non stop gdzieś gra i non stop uczestniczy w najróżniejszych muzycznych projektach. To właśnie on był współinicjatorem biegu zdarzeń, który doprowadził do tak zwanych mszy bitowych. Rokowy zespół muzyczny Trapiści, którego był współtwórcą był ewenementem, przełomem w naszej kulturze sakralnej lat siedemdziesiątych. A zespół wokalny seniorów Wrzos, który Michał prowadzi – na trwałe wpisał się w pruszkowską kulturę. Praktycznie nie ma miejskiej, czy powiatowej imprezy, w której Panie nie miałyby swego wielkiego udziału/.

Domyślam się, że trafiłem na próbę. Za chwilę mam przyjemność poznać członkinie zespołu wokalnego „Wrzos”. Czując się trochę niezręcznie próbuję się zaraz pożegnać – nie chcę przeszkadzać w zajęciach. Ale jedna z Pań kompletnie mnie zaskakuje: ”A może – zwraca się do mnie – zaśpiewamy coś panu? Co by pan chciał usłyszeć?” Nie wiem co odpowiedzieć – bo i chciałbym, i nie wypada mi fatygować i Zespołu, i Michała. „Może być panna pszeniczna? Lubi pan?”

Druga Pani – z uśmiechem na ustach – nie daje mi już wyboru. Wstaje, opiera się dłonią o pianino… Rozlegają się pierwsze takty melodii i słowa: „Panno pszeniczna zielonooka, nachyl się nad moim życiem… … Pozwól się sobą zachwycić… Okryj mnie płaszczem nadziei…” Po chwili dołączają głosy reszty zespołu.

Z jednej pieśni robi się mini-koncert. Z największą przyjemnością, z przyjemnością, którą może dać tylko uczestniczenie w spontanicznej potrzebie wyrażenia siebie, z radością, którą tylko dać może widok urzeczywistnianych ad hoc życiowych muzycznych pasji, wysłuchuję kilkudziesięciu piosenek Warsa.

Słucham i myślę o artystycznych skłonnościach będących od wieków nieodłączną częścią naszej natury… O ich niezwykłej sile… O tym, że na trudnej przestrzeni naszych ludzkich dziejów, oprócz elementarnych umiejętności zapewniających przetrwanie, zdołaliśmy wykształcić w sobie zdolności artystyczne. Że mamy potrzebę tworzenia sztuki i żądni jesteśmy jej odbioru.

Fenomen. Sprawa zupełnie niezwykła w świecie dawnym i równie niezwykła dziś. Bo oprócz tych wszystkich artystów, którzy ze swych zdolności uczynili zawód i zródło dochodu, to pozostaje jeszcze olbrzymia rzesza bezimiennych artystów, którzy  każdego dnia inwestują swój czas, środki i energię, z niezwykłej wewnętrznej potrzeby wyrażenia własnej, bardziej uczuciowej wizji świata. Bo sztuka to uczucia. Bo artyzm, kultura najpełniej może zmieniać nasz świat, uwrażliwiać go, czynić go mniej prozaicznym i bardziej niezwykłym.

Ktoś może powiedzieć, że skłonność artystyczna, to nic innego jak hobby.  Jednak  nie trzeba specjalnie udowadniać, że inną rzeczą jest wędkarstwo, zbieranie znaczków, czy grzybów, a inną mozolna praca nad głosem, nad tekstem czy  ruchem, by potem w tej krótkiej chwili występu poprzez indywidualną interpretację wpłynąć na czyjeś uczucia, intencje czy inspiracje.

Widząc oczywistą różnicę artystycznego poziomu pomiędzy twórczością profesjonalną a amatorską, miejmy też świadomość, że co do samej zasady pokazania siebie przez sztukę, różnicy nie ma żadnej. Emocje, które przeżywają najwięksi artyści są identyczne z emocjami amatorów. Różna jest tylko ich skala  i wpływ na odbiorców ich sztuki. I nie można wyrokować, kto z nich góruje w tym względzie.

Dla wielu zapewne ten fakt jest oczywistością. Ale nie dla wszystkich – i dlatego warto go przypominać. Warto też przypominać mądry slogan Krzysztofa Jasińskiego: „kochajcie artystów”. Choć jak to ludzie – są różni – to efektem ich  zawodu czy pasji, jest coś o wiele większego niż tylko samozadowolenie i pieniądze.

 

 

 

 

Bohaterowie Powstania

Dziś – w sierpniu 2016 – z okazji siedemdziesiątej drugiej już rocznicy Powstania oddajmy hołd i spójrzmy raz jeszcze na Jego Bohaterów.

Zdjęcia, obrazy, filmy, piosenki utrwaliły w naszej świadomości obraz dziarskich mężczyzn z visami, uśmiechniętych sanitariuszek, młodziutkich chłopców rzucających w czołgi butelkami z benzyną. Smutna prawda tych dni jest jednak taka, że już od pierwszych chwil niezwykły zapał, patriotyzm, wola walki spotkały się z – beznadzieją, bezsensem, przerażeniem, strachem, cierpieniem, tułaczką i – śmiercią…

Zanim jeszcze hałdzie ziemi usypanej w okolicy ulicy Bartyckiej nadano nazwę Kopca Powstania Warszawskiego wielokrotnie słuchałem opowieści powstańca warszawskiego Mokotowa, szeregowca o pseudonimie „Kobuz”. Spoglądałem na tę hałdę od strony ulicy Bluszczańskiej, dowiadując się o tym, jak ci, którzy przeżyli gehennę Powstania po wojnie zwozili furmankami  na to miejsce gruz z warszawskich ruin, usypując go coraz wyżej i wyżej.

A oto garść wspomnień prawie na siłę z niego wyciąganych… Bo według niego – „o czym tu mówić?”

 

„Broń to miał tylko dowódca drużyny… Starą parabelkę i cztery naboje… Ale te naboje, to trzeba było oszczędzać – i nikt z nas nie wiedział czy one były dobre… Czy w razie czego wystrzelą, czy nie?”

„Nie śmiej się,  że ten pseudonim – „Kobuz” – że ja niby jak sokół…  Wszyscy jakieś wybierali… Któryś z chłopaków powiedział, że fajny jest…”

„Był taki Felek – też z Czerniakowskiej – tylko bliżej Bobrowieckiej… Cwaniak z niego był i rwał do powstania jak nikt… Odgrażał się, że on ich wszystkich…  Dostał w brzuch i tak jęczał, tak jęczał  i tylko mamy… Mamy wtedy strasznie chciał… Ratunku nie było – dwie godziny się męczył.”

„Zygmunt – brat mój – zginął przy Wilczej w jedenastym dniu… Całą drużyną wyskoczyli z budynku i – granat moździerzowy spadł im pod nogi. Mówili, że nie żył nawet kwadransa. Miał wtedy niecałe dwadzieścia jeden lat. Dopiero po Powstaniu przewieźliśmy go na nasz cmentarz.”

„Broń to była – dowódca nam mówił – tylko zanim Powstanie się zaczęło, to Niemcy nakryli nasze magazyny…”

„Butelkę z benzyną nosiłem ze sobą cały czas, ale nie dało rady rzucić… Niemcy nie podchodzili blisko – wycwanili się i strzelali do nas z daleka… „

„Okrążyli nas… Wstyd mówić – uciekliśmy… Kanałami uciekliśmy…”

„Przyszliśmy tam po północy. Zdrzemnęliśmy się na strychu ze trzy godziny i poszliśmy dalej. Ktoś chyba doniósł. W każdym razie Niemcy się dowiedzieli i rano zabrali gospodarza i dwóch jego synów – piętnaście i siedemnaście lat… Dowiedziałem się o tym dużo później – nawet nie wiadomo gdzie leżą. Gdyby to można było cofnąć…”

„Prowadzili nas do Pruszkowa… Gdyby nie ruskie samoloty, to nie dałoby rady uciec z tego konwoju… Ale jak zaczęli bombardować…”

„Nie prosiłem się,  bo to jakoś głupio było… Bo przecież…  W dziewięćdziesiątym trzecim sami mnie awansowali na podporucznika… Ale czym tu się chwalić… Wielu wśród nas było takich, co nawet kamieniem nie rzuciło… Nie ma potrzeby o tym mówić – bo i po co?”

Jednak jest o czym mówić – nie tylko o Bohaterach Parasola – trzeba też powiedzieć o wielu, wielu innych Bohaterach Powstania. O tych, którzy nie mieli dylematu czy iść, choć szli z gołymi rękoma. A łatwiej przecież iść z karabinem i wiarą, niż tylko – z samą wiarą.

Dziś – po tylu latach – nasze opinie o Powstaniu coraz bardziej się polaryzują. Dla jednych  ten wielki heroiczny zryw pozostaje kompletnym bezsensem o strasznych skutkach, dla innych zaś jest sensem absolutnym. Sensem, który będąc niezwykłym, niesamowitym wręcz wyrazem naszej podmiotowości, być może uchronił nas od zupełnego zruszczenia. I smuci, że waga argumentów obu stron praktycznie uniemożliwia jakikolwiek kompromis. Że często tak naprawdę nie myślimy o motywacjach tych, którzy bez wahania wzięli w nim udział, tylko oceniamy Powstanie przez pryzmat dzisiejszej – bezpiecznej, luksusowej rzeczywistości. Równie dobrze i beznamiętnie – zdaje mi się – możemy rozmawiać o tym, czy Juliusz Cezar dobrze zrobił przekraczając Rubikon. I jak nie pozwolić sobie na tę małą złośliwość, gdy tak często słyszy się beznamiętne arytmetyczne wyliczanki strat, czy – przeciwnie – wojownicze zapewnienia, że „to był nasz obowiązek.”

Nieporównanie bardziej smuci jednak to, że ów podział opinii o Powstaniu przekłada się niemal bezpośrednio na dzisiejszy podział naszego społeczeństwa w spojrzeniu na współczesną polską rzeczywistość. Bo z reguły ludzie pragmatyczni, o poglądach liberalnych, myślący perspektywicznie o naszym kraju i jego związkach z zachodem, pragnący jego rozwoju i nowoczesności – widzą Powstanie jako czyn heroiczny lecz niepotrzebny, jako kolejną w naszej historii straszną, wyniszczającą nas na lata hekatombę.

Zaś ci, dla których liberalizm jest wielkim złem, którzy za nasze niepowodzenia winią wszędobylski obcy kapitalizm, którzy uważają, że nasz kraj trzeba najpierw wyczyścić ze złej przeszłości i  „obcych ideowo” ludzi, wyprostować historię, wyrównać szanse i budować nową –  naszą własną – lepszą i sprawiedliwą przyszłość, widzą Powstanie jako czyn ofiarny, ale konieczny. Bo wolność, bo Ruscy, bo Niemcy, bo obowiązek…!

I myślę, że tak jak długo jeszcze nie znajdziemy wspólnego mianownika w ocenie Powstania, tak długo nie potrafimy spojrzeć ponad podziałami na naszą przeszłość, nasze dziś i jutro.

 

Poniższy wiersz dedykuję wszystkim Powstańcom, również tym, którzy uczestnicząc w Nim – nie mieli możliwości walki i jeszcze długo po Nim czuli wyrzuty, że zrobili tak mało, choć przecież zrobili tak dużo:

 

Stos pamięci.

 

Patrz

to warszawski dom

Piękny

cudowny nie dzisiejszy design

Odrestaurowany

bo… stało się to

 

Patrz

za nami… daleko…

w mlecznej siekierkowskiej mgle

majaczy… stos pamięci.

 

Czarna

hałda kolizji pejzaży,

sentymentalnych łąk,

wiecznie zielonych traw

i… ich splecionych rąk.

 

Słyszysz

ten wiatr na ich źdźbłach?

Widzisz

tę opadającą nad wodą

łagodność uśmiechu jej warg?

 

Ach! Bandaże!

Te czerwone bandaże czasu

nie mogą zasnuć pamięci…

 

Nie wiesz, że czas też ma kolor?

Najbardziej lubię błękitny,

ale on tak często bywa czerwony

 

Więc rozumiesz

ten cudowny nie dzisiejszy design?