Wojna wisi na włosku

Wojna wisi na włosku

Każdy, kto choć pobieżnie śledzi światowe wydarzenia wie, jak trudna jest – historycznie, politycznie i militarnie od prawie siedemdziesięciu lat – sytuacja na Półwyspie Koreańskim. A ostatnie prowokacje militarne reżimu Kima jeszcze dolały oliwy do ognia. Wielu z nas zapewne zastanawia się teraz, czy przyjdzie nam uznać Koreę Północną za kolejne państwo dysponujące arsenałem jądrowym o międzykontynentalnej zdolności rażenia, czy Ameryka zdecyduje się jednak na militarne rozstrzygnięcie problemu. Przeważa opinia, że ryzyko – trudne nawet do określenia straty ludzkie i materialne – oraz opór Chin, Rosji i Korei Południowej spowodują, że nawet Trump się na nie nie zdecyduje.
Rozważmy jednak przesłanki wskazujące na potencjalne uderzenie Stanów w Koreę Północną. Są podstawy by sądzić, że po pomyślnej próbie odpalenia bomby wodorowej i udanym teście rakiety balistycznej Pekin – dotąd tak tolerancyjny wobec Kimów, prowadzący z nimi i ze światem polityczną grę obliczoną na trzymanie w szachu południowych Koreańczyków i Amerykanów – tym razem poczuł realne zagrożenie ze strony protegowanego dotąd sąsiada. I chociaż w interesie Chin – od momentu ustanowienia rozejmu w wojnie koreańskiej aż do dziś – nie leżało wzniecanie działań wojskowych na poważną skalę, to można przypuszczać, że dłużej już nie zechcą tolerować tak poważnego zagrożenia pod swoim nosem. I że Trump mógł już dostać od nich zielone światło do przeprowadzenia operacji. Oczywiście jako, że to jest realna polityka, to o ile przypuszczenia są słuszne i Pekin wstrzyma oddech na czas ataku na reżim Kima, to minimum polityczne ma już zagwarantowane. Można spodziewać się, że nie tylko utrzyma dotychczasowe status quo, to znaczy wpływy na całym terenie Północnej Korei, a i dostanie coś więcej… Na przykład USA wycofają w całości, bądź w znacznej części swoje siły wojskowe z Korei Południowej? A być może mogą liczyć jeszcze na jakieś ustępstwa w kwestii Tajwanu? Nie można też, oczywiście, wykluczyć z obszaru działania tej realnej polityki ich wzajemnych, napiętych, kwestii gospodarczych.
Z Moskwą sytuacja jest o tyle podobna, że dla Rosjan Korea to pole gry interesów na szeroką skalę – od inicjatyw stricte gospodarczych do strategicznych rozgrywek ze Stanami. Jednak dla nich walka o wpływy na półwyspie blednie wobec tak realnego zagrożenia, jakim jest możliwość przenoszenia głowic jądrowych Kima na całe terytorium Rosji. Można więc przypuszczać, że „kwestię koreańską” Tillerson z Ławrowem już też załatwili. W tym przypadku stawką mógł być Krym, Nord Strim 2 czy choćby coś prestiżowego, jak na przykład udział w G7.
Inni, globalni zawodnicy, jak Indie, raczej nie zagrają w tej grze pierwszoplanowej roli – podobnie jak Europa. Natomiast takie państwa jak Korea Południowa, czy Japonia – pomimo świadomości zagrożeń związanych z ewentualnym konfliktem, mogą mieć poczucie braku wyjścia. Bo jak długo można żyć, mając nad głową śmiertelne zagrożenie?
Co mogło zmienić pokojowe nastawienie najważniejszych graczy w regionie i dać wolną rękę Trumpowi? Co pozwala określić, że jeżeli uderzenie nastąpi, to w ciągu najbliższych trzech, góra sześciu miesięcy? Czas! A właściwie – jego brak! Bowiem dziś jest jeszcze możliwe zatrzymanie siłą – tylko siłą, bo sankcje są bezskuteczne – programu atomowego Kima. Za rok, góra dwa – Kim nie będzie już zdolny do prób jądrowych, ale do rzeczywistych atomowych uderzeń w każdy skrawek kuli ziemskiej.
Agresywna, pozbawiona hamulców retoryka Kima, wspierana co rusz to nowymi militarnymi prowokacjami, to sprawa permanentnie drażniąca Seul, Tokio i Waszyngton. To – oprócz wszystkiego innego – kwestie ambicjonalne. Nikt, a zwłaszcza silniejszy, nie lubi być bez końca prowokowany, straszony i obrażany. Żaden kraj nie będzie zbyt długo pozwalać na takie zniewagi. Tym bardziej Stany Zjednoczone Ameryki. A zwłaszcza taka postać jak ich aktualny prezydent – Donald Trump – ze swoją bezkompromisową osobowością i doświadczeniem życiowym. Trump – biznesmen, zawodowiec bezwzględnie realizujący cel, człowiek, który sprzeniewierzy się z diabłem, rzuci na szalę wszystko, by osiągnąć sukces w rzeczy dla niego najistotniejszej – w biznesie /czytaj – w prezydenturze/.
Wszystko powyższe wskazuje, że są podstawy by spekulować, że rakiety wystrzelone z amerykańskich lotniskowców, spadając na systemy jądrowe Kima nie spotkają się z kontrreakcją państw trzecich.
Są też inne przesłanki, by serio rozważać rozwój militarnego scenariusza na półwyspie koreańskim. Sama prezydentura Trumpa jak dotąd napotyka zadziwiająco dużo problemów w obszarze wewnętrznym. Ma on bardzo małe, jedno z mniejszych w historii poparcie społeczne na tym etapie sprawowania władzy. Przeciw grupie jego najbliższych doradców z czasów wyborów toczy się śledztwo, mające wyjaśnić wpływ Rosjan na ich wynik. Nie wiadomo, czy sprawa nie obejmie samego Prezydenta, który może usłyszeć zarzut wpływania na kwestię „rosyjską”. Ponadto Trump ma permanentne problemy kadrowe – sześciu jego bliskich doradców odeszło. Często słyszymy rozbieżne przekazy płynące z Białego Domu, Departamentu Stanu i Obrony, świadczące o braku spójnej polityki w najważniejszych światowych kwestiach. Niebagatelne znaczenie ma też osobowość Trumpa. Otóż, z tego co sam mówi, co mówią i piszą o nim inni, jawi się on jako człowiek raczej samotny. Samotny w sensie dosłownym, jak i w sensie podejmowania decyzji, nieufny wobec innych, patrzący na świat i jego problemy w kategoriach zero-jedynkowych. Gdy do tego dołożymy parę obiecanych w kampanii wyborczej i nie dotrzymanych jeszcze, tzw. sztandarowych obietnic /np. likwidacja Obamacare, czy wybudowanie muru na granicy z Meksykiem/ to może się wydawać, że jedynym co może zmienić na lepsze jego niezawesołą sytucję jest – Kim. Tym bardziej, że po ataku militarnym na reżim Kima – pod warunkiem oczywiście, że nie wywoła nim masowej pożogi wojennej, co jest możliwe – cały świat odetchnie z ulgą. Dodatkowo będzie to przestroga dla naśladowców Kima, a mamy ich kilku na horyzoncie.
Amerykańskie portale informacyjne i prasa poświęcają Korei Północnej -jak na wagę problemu – stosunkowo niewiele uwagi. Za to pojawiają się materiały, które wydają się być ewidentenym elementem dezinformacji. Na przykład, że prawie połowa amerykańskich bombowców strategicznych stacjonująca w Korei Południowej, ze względów technicznych niezdolna jest do działań bojowych. Czy choćby informacja, że Korea Północna dla wywiadu USA jest czarną dziurą i Amerykanie nie wiedzą nic o państwie Kima. Oczywiście, że wiedzą mniej niż o jakimkolwiek innym państwie, ale stwierdzenie, że nie wiedzą nic, chyba jest zamierzoną przesadą.
Zauważmy również, że z portu w Japonii wypłynął amerykański lotniskowiec Ronald Reagan, a inne jednostki tej klasy już dobrze ponad miesiąc temu zmieniły swe planowane kursy operacyjne.
Zaś z drugiej strony, rosnąca z dnia na dzień agresja retoryki Kima i bez mała co tydzień przelatujące nad Japonią jego rakiety, sugerować mogą, że Kim doskonale zdaje sobie sprawę z istniejącego zagrożenia i stąd te dramatyczne próby zastraszania potencjalnych agresorów.
Czy jest zatem jakiś istotny czynnik odwracający – wydawałoby się, układający się już tylko w jedno – ciąg zdarzeń. Jest. Tak ważny, że może wszystko zmienić. Tym czynnikiem jest przekonanie USA /i nie tylko USA/ że koszt operacji – straty ludzkie – może być niewspółmiernie duży do zysku. Cały czas aż do potencjalnego ataku Amerykanie i ich sojusznicy bedą je ważyć i analizować. Przecież Seul, leżący zaledwie pięćdziesiąt kilometrów od strefy zdemilitaryzowanej nie jest w zasięgu większości dział, armat i niekierowanych pocisków rakietowych północnych Koreańczyków. Jednak to, plus najlepsze amerykańskie systemy antyrakietowe nie dają gwarancji, że żadna rakieta z głowicą jądrową, chemiczną, lub biologiczną, która jednak się przedrze nie spowoduje katastrofalnych strat.
Takie jednak ewentualności nie zmniejszają znacząco możliwości wdrożenia przez USA strategii militarnego rozwiązania. Sam Trump powiedział, że w imię zapobieżenia kosztom niewyobrażalnym, warto – i niekiedy trzeba – ponieść koszt mniejszy.
I chyba możemy powiedzieć z całą stanowczością, że jeżeli Amerykanie nie zaatakują do końca 2018 roku będzie to oznaczało, że my wszyscy musimy przyzwyczaić się do myśli, że na kuli ziemskiej jest kolejny nieobliczalny dysponent arsenału jądrowego, równoprawny względem innych dysponentów.

Reklamy

Uda się Panie Prezydencie?

 


Tyle ostatnio dzieje się na świecie, że już nie tyko jasnowidz Jackowski, ale i wróżbita Maciej mają ogromne kłopoty, żeby przewidzieć jaka przyszłość nas czeka.
Na szczęście chociaż z przeszłością wszyscy dajemy sobie radę doskonale. To znaczy – wydaje się nam, że wiemy – co się działo kiedyś, co zrobiliśmy dobrze, a co – nie do końca – i w jakie tarapaty z tego powodu wpadliśmy. Wydaje się nam! Bo gdybyśmy naprawdę wiedzieli, co się kiedyś zdarzyło, to – jako obdarowani wolną wolą, rozumem, a nawet przeczuciem – nie powielalibyśmy błędów już popełnionych.
Wniosek z tego wydaje się oczywisty – jesteśmy głupi jak te przysłowiowe buty. Bo jak to: sparzyć się raz i znów kłaść łapy w ogień?
Ale nie drodzy państwo! Nigdy nie wyciągnę takiego wniosku i nie powiem, że jesteśmy głupcami. Przeciwnie. Ja powiem, że jesteśmy mądrzy. Bo my dostrzegamy swoje błędy! Ale – mamy nadzieję, że nam się uda.
To tak bardzo ważne z ludzkich uczuć – nadzieja. Czyż nie znamy jej już z raju? Czyż Adam nie wiedział, że nie może zerwać owocu – który zapewne musiał być i nęcący, i słodziutki, i smaczniutki, że palce lizać? A przecież go zerwał, znając konsekwencje tego jednego małego kęsu. Na co więc liczył zrywając jabłko? Kusiło go, to zerwał – chciałoby się powiedzieć. Ale prawda nie mogła być tak prozaiczna. Musiała mieć swoją głębię. On musiał liczyć na to, na co i my liczymy ogarnięci nadzieją. Liczył, że mu się uda!
Próżne nadzieje – nie uda się władzy ogłupić narodu agresywną prorządową propagandą. Nie uda się rządzącym ideologom wmówić większości z nas, że Unia to zło wcielone i – dla dobra kraju – należy z niej wystąpić. Nie uda się zaszczepić w nas kolejnego kultu jednostki. Nie uda się im przekupić i zmusić do uległości wszystkich. Nie uda się władzy zbudować elity poprzez eliminację elity już istniejącej /wszak przynależność do partii nie czyni człowieka mądrym i prawym/.
Jeszcze długo nie uda się kościołowi odbudować zaufania u wierzących przy tak jednostronnym zaangażowaniu się w polityczne zmagania. Nie uda się to przy zaniechaniu obrony ludzi krzywdzonych, przy braku nawoływania do zaprzestania tworzenia podziałów w narodzie, do hamowania wszechogarniającej nas agresji, do potępiania aktów przemocy wobec współobywateli i obcokrajowców żyjących tutaj – w centrum Europy – w demokratycznym, chrześcijańskim kraju.
Przy najlepszych nawet chęciach jeszcze długo nie uda się odbudować szacunku i więzów solidarności z innymi państwami i narodami Europy. Niech nikt nie ma złudzeń, że strategia przetrwania „nasza chata z kraja” daje szansę na rozwój. To jest strategia dla narodu i państwa w dłuższej mierze zabójcza.
Ale przecież jest szansa – „Polak mądry po szkodzie” – w końcu się obudzi!
I to jest ta znacznie piękniejsza strona medalu. Tak optymistyczna i pełna nadziei na przyszłość. Tak oczekiwana przez nas wszystkich. Bo przecież niewiele potrzeba, niewiele brakuje i będzie – godziwe życie i święty spokój. Bo wielu z nas tak naprawdę nie chce niczego więcej.
Jednak – oprócz nadziei – jest jeszcze rozum i… złe przeczucia. One to ostrzegają nas, żebyśmy znów za Kochanowskim nie byli zmuszeni powtórzyć, że: „nową przypowieść człowiek sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi”. Bo przecież z kraju związanego z Zachodem wypisują nas, tak, codziennie coraz bardziej zamaszyście wypisują nas nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele. Od dwóch lat, od zmiany rządów – zmienia się nasza racja stanu. W imię czego? – pytam. Bo jeżeli nie z Zachodem, to z kim? Sami? Wobec Rosji? Czy Bismarck znów musi mieć rację, że od wieków rozdarci co najmniej na dwie strony, samorządząc się – sami się zabijamy. Że pomimo wolności, demokracji, względnie dobrej sytuacji gospodarczej nie potrafimy wygenerować trwałej i zgodnej świadomości narodowej.
Ale…. W obecnej sytuacji politycznej, przy opozycyjnej mizerii, infantyliźmie i totalnej indolencji jedyną siłą sprawczą zdolną do zmiany – poza ludźmi na ulicach – zdaje się być – pan Prezydent. O tej możliwości – czy według niektórych wręcz konieczności – mówi dziś wielu.
Pan Prezydent Duda zdecydowanie nie jest postacią z mojej bajki. Po takim dwuletnim sprawowaniu urzędu trudno, żeby nią był. Czasem jednak wiatr historii tak się zmienia, że przed zwykłymi ludźmi stają niezwykłe zadania, czyniąc ich niezwykłymi. Pan Prezydent – dotąd bardzo niewyraźny w swej roli – totalnie zdominowany przez Prezesa Kaczyńskiego – nagle dostał od losu nową szansę i nowe zadanie. Musi wreszcie stać się prawdziwym mężem stanu, dlatego, że – „chłopcy” przeholowali! Prezydent widzi, że sprawy idą w złym kierunku, nie zgadza się z tym i – korzystając ze swych uprawnień – koryguje to. Taka motywacja pana Prezydenta byłaby i naturalna i bardzo dobra. Myślę jednak, że do czynu pcha Go również inna niezwykła siła. Siła, której wypadkową były już dwie zawetowane ustawy. Siła sprzeciwu. Wola godności, która budzi się w każdym z nas, który popada w podległość względem innego człowieka. Podporządkowanie, swego rodzaju zniewolenie, najpierw budzi poczucie poniżenia, potem upokorzenie, z czasem wyzwala w nas niesamowite pragnienie zrzucenia jarzma.
Może Pan Prezydent zdawał sobie sprawę od dawna z nienormalnych relacji jakie miał z panem Kaczyńskiem, a może to postać Adriana z „Ucha prezesa” uwidoczniła mu, jak jest odbierany przez znaczną część społeczeństwa. I może to była ta kropla, która przechyliła szalę i zerwała z jego szyi lasso, którego koniec był mocno trzymany na Nowogrodzkiej. Oczywiście mogę się mylić w swoich domniemaniach. Nie mogę przecież odbierać Prezydentowi zdolności myślenia i podejmowania działań dla dobra kraju bez inspiracji tej przerysowanej przecież roli z kabaretowego serialu. I niech tak będzie. Niech Prezydent kierowany szlachetnymi pobudkami zastopuje demontaż armii, zrobi wszystko by utrzymać nas na zachodniej orbicie, czy wreszcie niech wyhamuje inne, groźne dla kraju pomysły harcowników dobrej zmiany.
I żeby to zrobić pan Prezydent wcale nie musi być Reytanem. Ma wiele przypisanych tej funkcji konstytucyjnych możliwości.
A tak na koniec: pomyślmy, że nie tylko tak niewielu, ale taki jeden może zrobić tak wiele. Żeby tylko chciał.
I tego właśnie Panu Prezydentowi życzę.

 

Układ naczyń połączonych

Jakie gorące lato tego roku nad Wisłą! Na szczęście 24 lipca nastąpiło przesilenie… Są prognozy, że reszta tego lata będzie odrobinę letniejsza więc póki co jest spokojniej w stratosferze. Nasz Prezydent obiecał przecież dwa weta w „sądowej kwestii”! W związku z tym większa połowa ludzi dostrzegła, że – oprócz pałacu na Krakowskim Przedmieściu, księcia na koniu i wreszcie samego konia – mamy też Pana Prezydenta. Lecz – o dziwo – druga – mniejsza /ale według nich większa, prawdziwsza połowa/ stwierdziła, że właśnie wczoraj Pan Prezydent zniknął! Co więcej! Przepotworzył się w rzecz straszną! W układ chroniący układowych zaprzańców i spacerowiczów! Tak czy inaczej – co będzie u nas na jesieni – to wiadomo, że nie wiadomo… Ale póki co – teraz mamy chłodniej.
Śmiało więc wybierzmy się za ocean. Tym bardziej, że jesteśmy już światowym mocarstwem! Zerwaliśmy co prawda umowę na caracale, śmigłowców więc dalej nie mamy /Rosjanie twierdzą, że w tym wieku mieć ich nie będziemy/, ale za to rozpoczynamy deal z Wujkiem Samem! A jest oczywistą oczywistością, że ten kto płaci Wujkowi, ten automatycznie staje się światowcem pełną gębą. Obiecują nam nasi waszyngtońscy bracia, że jak kupimy ich Patrioty /właśnie wycofywaną wersję – za cenę dwa razy wyższą niż za najnowszą/, to przyjmą nas do elitarnego klubu G-19. Nasze elity nie mogą takiej szansy zmarnować! Bo przecież tyle by na tym zyskały… Może kiedyś stałyby się prawdziwą elitą? Przecież taka nasza Pani Premier mogłaby – ubiegając się o fotel po obecnie nam panującym Panu Prezydencie – napisać bez ogródek w swoim cv: „byłam w 19 gie!”
A nasz najgenialniejszy strateg? Czyż nie miałby powodu do dumy? Tak wypromować siebie i przy okazji nasz kraj – i to bez znajomości języka!
A już poza tym – i przede wszystkim – Pan Minister – nasz najwaleczniejszy obrońca narodu przed wszelakimi zakusami – twierdzi z błyszczącymi oczy, że to nie koniec naszych aspiracji i możliwości. Jak zatkamy – głosi gromko – wszystkie dziury budżetowe tak, że do budżetu już nic nie wcieknie, ani z niego nie wycieknie, to on… Cały nasz budżet utopi w morzu! To znaczy przeznaczy na zakup lotniskowca! Wiadomo – że nie – od żabojadów! Tylko od walecznych marines! I niech nikt nie tumani mądrego narodu, że przez Bełtowe cieśniny lotniskowiec nie przepłynie i że nigdy nie posadzimy naszego lotniskusia w porcie na Oksywiu. Otóż posadzimy! Pan Minister umie kupować! I wie co kupuje… On kupi nam lotniskowiec pionowego startu! Żeby w razie wschodniej nawałnicy przerzucić go nad Bajkał i stamtąd znienacka wroga razić.
Ale – wracając do tematu – po zakupie lotniskowca awans do G-18 mamy już w kieszeni. Bo co jak co, ale pan Trump słowny to jest. A nawet wielosłowny. No bo co mu zależy coś powiedzieć. Nie, żeby on zbyt wiele słów znał. Jakiś dociekliwy Amerykanin policzył, że jego Prezydent operuje coś około siedemdziesięciu słowami, których na przemian używa… Ale to przecież nie przeszkadza zarządzać mocarstwem. Wszak cywilizacja Majów wieki trwała, a oni tylko językiem obrazkowym się posługiwali.
Pan Trump sztukę mowy zna, czego co rusz daje wyraz, ćwierkając jak popadnie. Ciekawe, czy umie on również ćwierkać w cyrylicy? Bo Pan Putin, jak każdy dobrze wyszkolony inteligence – wieloma językami się posługuje! A niemieckim włada lepiej, niż prawie Polka – Pani Merkel, a tylko trochę gorzej, niż prawdziwy Polak od dziadka pradziadka – Pan Tusk. Ale przecież najlepiej czyta mu się cyrylicę. Pan Trump – biznesmen pełną gębą – wie, że najlepsze deale robi się ze swojakami. A kto jest swojakiem? Ten, kto gawarit po naszemu. Wszyscy wiedzą, że swój ze swoim się dogada. Przecież tyle ich łączy. Dajmy na to – nasz kraj. Tak, tak… Nasza malutka… O jejku co ja mówię? Nasza ogromna ojczyzna od morza do morza, od zarania łączy te -obiektywnie rzecz biorąc – lilipucie państewka. Czym ich łączy? – ktoś zapyta. Ano tym, że i jednym i drugim służymy jako miejsce testu. Ot taki sobie, wygodnie położony poligon.
Bo, jeżeli dać wiarę pogłoskom, że „sprawa kelnerska” była nie tyle robotą, co tylko testem /co za obraza!/ – na mniejszym organizmie, by ją – nieco już zmodyfikowaną, ale w istocię tę samą „kelnerską robotę” – zaimplementować na równie przyjaznym waszyngtońskim gruncie, to jest to bardzo ważne połączenie. Przecież u nas test udał się znakomicie! No a teraz tam – za oceanem – zdaje się, że pan Trump może nie doćwierkać do końca kadencji… A jeżeli nawet doćwierka, to będzie to ćwierkanie cokolwiek cieńsze i cichsze niż mogłoby być.
A co testują u nas nasi przyjaciele z Ameryki? Ano dwie sprawy. Pierwsza to – ile można nam sprzedać lotniskowców, żeby nie rozwścieczyć generałów Putina, a druga – jak się zachowają rosyjscy rozwścieczeni wodzowie /tym bardziej, że dla wielu z nich, jak mniemam, kurica nie ptica…/?
Co nam – nadwiślańczykom – pozostaje? Ano żyć. Póki co – jest pincet plus, mieszkanie na swoje, pincet dla emerytów ma być lada moment… Aha i jeszcze jedno – gorączkująca dziewczynka z białostockiej wsi cudownych wizji doznała w środku nocy! Las pod sanktuarium już wycięto. Zatem idzie nowe! Więc będzie jak było… My zwyczajni takiego życia.

Trójpodział władz jest zagrożony

Jednym z największych zagrożeń egzystencji człowieka – odkąd żyje on w strukturze społecznej – jest tyrania. Dlatego też już od wieków najświatlejsze ludzkie umysły głowiły się nad stworzeniem systemu, który zabezpieczałby przed rządami dyktatorów. Był też taki okres naszego rozwoju – nomen omen nazwany później oświeceniem – w którym pojawiła się taka koncepcja. Właśnie wtedy narodziły się zręby nowożytnej liberalnej demokracji parlamentarnej. Ten model organizacji państwa był pomysłem angielskiego filozofa Johna Locke’a, a rozwinął go jeden z najświatlejszych umysłów Europy – Monteskiusz. Monteskiusz w swym dziele „O duchu praw” stwierdził: /za Wikipedią/ że „posiadanie władzy skłania do jej nadużywania i łamania praw obywatelskich. Warunkiem zachowania wolności politycznej obywateli jest podział władz między różne, niezależne, wzajemnie dopełniające, hamujące i kontrolujące się podmioty. Pisał /około 1750r/:
Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela.
Koncepcja Monteskiusza zyskała uznanie jeszcze w XVIII wieku. Została wyrażona w Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, konstytucji Stanów Zjednoczonych, Konstytucji 3 maja i pierwszej konstytucji francuskiej.
Współcześnie z tej koncepcji wyprowadza się następujące wnioski: władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza są wyodrębnione i sprawowane przez osobne organy państwowe. Łączenie kompetencji organów i stanowisk różnych władz jest niedopuszczalne, władze te mają wzajemnie oddziaływać na siebie i się hamować.”

Powołując się na te elementarne przecież elementy wiedzy o społeczeństwie można stwierdzić, że tysiące ludzi protestujących przeciw utracie niezależności sądownictwa to nie zdrajcy, kanalie, czy ubecy. To z całą pewnością świadomi obywatele, którzy zdają sobie sprawę z tego, jakie skutki wywoła – raczej wcześniej niż później – utrata trójpodziału władz.
Właściwie powyższe zdanie mogłoby być już wystarczającą pointą powyższego tekstu. Chciałbym jednak również zauważyć, że w czasie gorącej walki politycznej o niezależne sądownictwo, pojawiające się codziennie informacje o naszym cudzie gospodarczym, pękającym z nadmiaru środków finansowych budżecie i niezwykłej sprawności pana wicepremiera od gospodarki są mocno nietrafione i cokolwiek nie na miejscu. Nie na miejscu – ponieważ jest wiele spraw, zwłaszcza publicznych – których nie da się zakamuflować pełnym brzuchem! A mocno nietrafione – ponieważ nie ma przykładu ani jednej dyktatury, która trwałaby ekonomicznie nawet przez krótki czas na dobrym poziomie /choćby -Wenezuela/.
Ktoś powie: kto tu mówi o dyktaturze? Odpowiedź jest prosta: a cała władza w jednych rękach to co?! Nie dziwi więc więzienny strój senatora Jana Rulewskiego, w którym przyszedł na obrady senatu, dramatycznie protestując w ten sposób przeciw zawłaszczeniu sądownictwa przez partię rządzącą. A przecież Jan Rulewski to jedna z najjaśniejszych postaci w naszej powojennej historii. I jeżeli on decyduje się na taki gest, jeżeli on zakłada więzienny uniform, w którym siedział lata w więzieniu za Polskę, to znaczyć może tylko jedno. Znów nasz kraj znalazł się na niebezpiecznym zakręcie. I to, jak i gdzie nas wyrzuci z tego zakrętu, jest niezwykle istotne. Istotne nie tylko dla nas – ale co jest o wiele ważniejsze – dla przyszłych pokoleń.

Już tyle wieków mówię ci…

Już tyle wieków mówię ci…

Już tyle wieków mówię ci,
że jedna z barw ma kolor krwi,
zaś druga – biel – omamem twym.
Mam świętszą być niż święty Rzym!

Czy widzisz to? Przed tobą drżę…
Na surmy głos, na łopot flag –
znów – tylko ja! Znów trzeba za!
Niechaj mnie wreszcie trafi szlag!

Dzisiaj nie musisz szabel kuć!
U granic twych nie dybie wróg…
W spokoju żyje nawet Bóg!
Dziś trzeba siać, prowadzić pług…

Przyznaj! Stworzyłeś po to mnie,
by mieć alibi dla swych rządz.
Odrzucam więc ułudy twe,
że w imię me – kosy na sztorc!

Tak, tak… Ja znam okowów szczęk,
rozumiem twą obrony chęć.
Lecz nie chcę być jak karta ta,
którą przez wieki gra się i gra.

Bo cóż dla ciebie spokojne dni?
Tyś zawsze rządny walki i krwi!
Więc giń! Bo tylko to w tobie tkwi.
Lecz ja egidą nie będę ci!

Więc już w spokoju zostaw mnie
i wreszcie pojmij barwy dwie.
Chocholi taniec skończył się.
W pokoju żyj! A mnie – adieu!

 

 

 

List z Ameryki… uchylcie drzwi

List z Ameryki… uchylcie drzwi

 

siedzę pod Jackiem

na Jackowie

na tyle silny bym pisać mógł

i skrobię do was u schyłku dni

uchylcie proszę uchylcie drzwi

jak uchylali przed nami drzwi

gdy my przez wieki szliśmy i szli

 

siedzę pod Jackiem

na Jackowie

z zimna grabieją już palce mi

mrozi mnie jednak strach z tamtych dni

gdy ubek kolbą wali w me drzwi

i ból zamykam za mgłą we krwi

bo umrzeć przecież nie dadzą mi

 

siedzę pod Jackiem

na Jackowie

znów atak kaszlu wymęczył mnie

ale na nowo ożywiam się

bo pamięć wraca w te jasne dnie

gdy się pojawił nadziei cień

że spojrzę jeszcze na Boży dzień

 

siedzę pod Jackiem

na Jackowie

wdzieczny że w Stanach dano mi żyć

smutny jak smutny może być pies

zbity bez winy zbity że jest

by żyć uciekłem tak jak ten pies

z kraju co nadal ojczyzną jest

 

zamknięte drzwi nie chronią od zła

zamknięte drzwi zamykają w nas

furtkę dla dobra prawa i tego

co jest w człowieku najpiękniejszego

co nas wyróżnia co wiarę budzi

że należymy do świata ludzi

 

impas w Białym Domu

 

 

Ponad pół roku prezydentury Donalda Trump`a przekonuje nas niestety  – z dnia na dzień coraz bardziej – że nie będzie to prezydentura korzystna ani dla Ameryki, ani dla Świata. Jak mówią o Prezydencie sami Amerykanie – trudno pod tą niby twardą, silną, błyszczącą skorupką doszukać się solidnego, konserwatywnego jądra – w zadufanej w sobie, nieprzewidywalnej, aroganckiej, populistycznej wydmuszce.

W mediach roi się od informacji czego to Trump nie obiecał i czego nie dotrzymał, kogo obraził, gdzie się skompromitował… Mnie natomiast  rzuca się w oczy rzecz następująca. Mianowicie, jakaś  taka dziwna skłonność – być może maniera nabyta w kontaktach biznesowych – polegająca na specyficznym budowaniu relacji z ludźmi. Otóż Trump zaczyna kontakt ze swoimi partnerami od stawiania im wygórowanych żądań, obrażając ich przy tym, zaś potem z reguły uznaje ich racje, wyraża szacunek i rezygnuje z wiekszości swych wymagań.

Obserwowaliśmy przecież, jakie zarzuty stawiał Chinom, jakie gromy rzucał na ten kraj przed spotkaniem z ich prezydentem, by zaraz potem wyrażać się  o  nim z szacunkiem i nie winić już Chińczyków za całe zło, które dotknęło Amerykę. Wdał się w utarczkę z Papieżem, by – po wizycie w Watykanie – prezentować wobec Niego pokorę i szacunek. Tak samo było z Meksykiem i meksykańskim prezydentem i z Hillary Clinton, której groził więzieniem, a potem – zgodnie ze swą manierą – złagodniał.

Inaczej jednak wyglądają relacje prezydenta Trumpa z Putinem. Od samego początku – wprawiając w konsternację swych wyborców i siejąc oburzenie wśród pozostałych Amerykanów – piał on peany na cześć tego człowieka, twierdząc, że go szanuje i uważa za wiarygodnego partnera.

I o ile wszystkie poprzednie grzechy Trumpa tylko osłabiają jego prezydenturę, tak ten ostatni – według mnie – stał się niejako preludium do procesu, który właśnie toczy się na naszych oczach, a który dyskwalifikuje Trumpa jako prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Praktycznie jednocześnie z zarzutami o ingerencję Rosjan w amerykańskie wybory pojawiły się zarzuty o związki otoczenia  amerykańskiego prezydenta z ludźmi Putina. Trump odpiera te zarzuty twierdząc, że jest to nic innego, jak polowanie na czarownice. Jednak fakty mówią same za siebie. Najpierw przyjęcie dymisji szefa kampanii wyborczej Paul’a Manafort’a /mającego kontakty z Janukowiczem/, a później rzecz wielkiej wagi – odwołanie mianowanego przez niego samego doradcy do spraw bezpieczeństwa generała Michael’ Flynn’a  /kontakty z aluminiowym oligarchą Olegiem Dieripaską – przyjacielem Putina/ nie kończą sprawy. Stosowne komisje prowadzą w tej sprawie dochodzenie, a FBI śledztwo. Trump – według doniesień mediów – żąda w tej kwestii lojalności od dyrektora FBI, a gdy ten odmawia – dymisjonuje go.

Podczas spotkania z Ławrowem i Kislakiem / ambasador Rosji w USA/ Trump zupełnie kuriozalnie oświadcza, że zwalniając Dyrektora FBI pozbył się ogromnej presji związanej z prowadzonym przez niego śledztwem.

Zaraz po tej rozmowie TASS /na obecność mediów amerykańskich Trump się nie zgodził, ale nie oponował, gdy Ławrow przyprowadził swojego reportera / publikuje, śmiało możemy powiedzieć, kompromitujące zdjęcia z tego spotkania. Widzimy  na nich trzech roześmianych, wyraźnie zżytych ze sobą panów. Amerykańskie media informują także o tym, iż Trump miał się wówczas podzielić z Rosjanami tajnymi, wywiadowczymi informacjami. I wtedy oburzenie zachowaniem Prezydenta sięga w Stanach zenitu! Bowiem Putin – jakby na deser – nokautuje Trumpa, oświadczając, że może przekazać Amerykanom stenogram z rzeczonego spotkania, który udowodni (!) że amerykański prezydent nie zdradził Rosjanom tajemnic wywiadu.

Takiego ośmieszenia i upokorzenia, jakie Rosjanie zafundowali Trumpowi i Amerykanom dawno nie oglądaliśmy.

Pierwsza podróż zagraniczna Trumpa, na Bliski Wschód i do Europy miała – oczywiście między innymi – zatuszować „problem rosyjski”, co jednak się nie udało, gdyż na dwa dni przed jej końcem opublikowana została kolejna „rewelacja” – zięć Trumpa tuż przed objęciem urzędu przez teścia kontaktował się z Kislakiem!  Jego też FBI niezwłocznie objęła śledztwem /jednak nie jako podejrzanego/.

Jakie z tego wnioski?! Można spekulować, ale jedno jest pewne: prezydent USA nie powinien być zakładnikiem takiej dwuznacznej sytuacji.

Jeżeli jeszcze przed całą ta historią Trump miał podstawy by powiedzieć: „reset” – i nawiązać partnerskie stosunki z Rosją, to – po pojawieniu się zarzutów o konszachty jego ludzi z Rosjanami, w obliczu coraz mocniej potwierdzającej się ingerencji Rosjan w amerykańskie wybory – bezstronność amerykańskiego prezydenta jest mocno niepewna.

Aby uniknąć – słusznych lub nie – posądzeń, jego działania nie będą podyktowane racją stanu,  a własnym bezpieczeństwem. Chociaż zapewne -ze wszech miar udowodniając, że z Rosjanami ani on, ani jego otoczenie nie mają nic wspólnego, nie raz demonstracyjnie pomacha w kierunku Rosji  szabelką.

Nie wróży to nikomu nic dobrego, w tym – z oczywistych powodów – również nam. I niezależnie od tego, czy otoczeniu Trumpa uda się oczyścić ze stawianych im zarzutów, czy nie, prezydent światowego mocarstwa, będąc w sytuacji tak poważnych podejrzeń wobec swojego bliskiego otoczenia powinien rozważyć rezygnację ze swej funkcji. Dla silnej Ameryki – czego przecież tak bardzo chce.

Bo jeśli było jeszcze coś więcej niż te dwa przypadki zdymisjonowanych już urzędników, to trzeba się liczyć z sytuacją, że ta sprawa nigdy nie zostanie zamknięta. Rosjanie na to nie pozwolą. Co rusz to pojawią się w przestrzeni publicznej nowe „dokumenty”, kolejne zeznania i tym samym powaga urzędu prezydenta USA będzie systematycznie podkopywana.